I.
Ten odcinek jest ostatnią częścią niniejszego livejournala, po pierwsze dlatego, że mój pobyt na Tajwanie powoli zmierza ku końcowi, po drugie dlatego, że naprawdę wstyd by mi było po raz kolejny obiecywać uaktualnienie, które nigdy nie nastąpi. Czyny niezgodne ze słowami – nie tego nauczał Konfucjusz : )
Ostatni odcinek poświęcić muszę (inny czasownik tutaj po prostu nie pasuje) jedzeniu. Jak być może ktoś jeszcze pamięta z jednego z ostatnich odcinków, tak zwany standardowy cudzoziemiec z pobytu na Formozie zapamiętuje przede wszystkim „ludzi i jedzenie”. Formułka ta nie przez wszystkich Tajwańczyków jest lubiana, ale z drugiej strony trzeba powiedzieć, że sami Tajwańczycy są ostatnimi, którzy mają prawo do jej krytykowania. Ich własna obsesja na punkcie jedzenia, zwłaszcza rodzimego, sprawia, iż opowiadający o swoich tajwańskich doświadczeniach obcokrajowiec po prostu nie może pominąć wątku kulinarnego. A skoro już musi mówić, to chwali. Nawet jakby nie chwalił, to i tak wszyscy by myśleli, że mu smakowało.
Wiele narodów ma bogate tradycje kulinarne, z których - zgodnie z zasadą „do serca przez żołądek” czerpie zbiorową dumę i poczucie wspólnoty. W wielu kulturach posiłek to coś więcej niż tylko zaspokajanie głodu. Wiele cywilizacji traktuje dobre jedzenie jako wyznacznik ziemskiego szczęścia. Wiele języków posiada zwroty frazeologiczne, przysłowia i powiedzonka związane z gotowaniem i konsumpcją.
Jednak tylko naród, kultura i cywilizacja i język Chińczyków doprowadziły to wszystko do skrajnych rozmiarów.
Kontynentalni Chińczycy, których poznałem w akademiku w Osace, na dobrą sprawę mieszkali w kuchni. Swe pokoje traktowali jako sypialnie, w których trzyma się co cenniejsze naczynia i sos sojowy. Ich rozmowy w ogromnej części dotyczyły wszelkich spraw związanych z jedzeniem, zaś nieumiejętność gotowania traktowali jako zaprzeczenie człowieczeństwa. Weekendy i wolne dni zajmował im całodzienny, rozpisany na doskonale wyćwiczone stadia rytuał – wspólne przygotowywanie potraw, wspólne spożywanie, wspólne sprzątanie (z akcentem na dwie pierwsze fazy).
Moi tajwańscy znajomi, w przeważającej większości studenci i młodzi pracownicy firm spędzający całe dni w swoich instytucjach, nie mają czasu, chęci ani potrzeby tego rodzaju seansów kulinarnych. Do napełniania żołądków i budowania wspólnoty wystarcza im oferta stoisk, jadłodajni i restauracji, których w tajwańskich miastach pełno. Właściwie można by napisać, że tajwańskie miasta głównie składają się z tego rodzaju przybytków. Na jednej losowo wybranej ulicy w centrum Taipei znaleźć można więcej lokali gastronomicznych niż w średniej wielkości polskim miasteczku – to nie jest retoryczna przesada, jestem gotów się z kimś o to założyć o jeden obiad!
Można więc odnieść wrażenie, że podczas gdy jedna część mieszkańców Taipei haruje w szkole i pracy, druga część w tym czasie coś dla nich pichci. Wrażenie to potwierdza wizyta na nocnym targu (tak chyba wypadałoby przetłumaczyć chińskie 夜市, ang. Night market), bodajże najbardziej specyficznie tajwańskiej „instytucji”. Jest to strefa handlowa obejmująca z reguły jedną większą ulicę wraz odgałęzieniami, na której występuje maksymalna koncentracja drobnej i średniej gastronomii (a także sporo stoisk i sklepów z tanimi ubraniami). Typowy nocny targ zaczyna się rozkręcać dopiero po 18-tej i tętni życiem co najmniej do północy, przyjmując co raz to kolejne fale uwolnionych z pracy i szkoły mieszkańców miasta. Kawalerowie jedzą tam swój najważniejszy posiłek dnia, zaś zapracowane żony i matki prowadzą tam swych podopiecznych na wieczorną obiadokolację. Młodzi Tajwańczycy gromadnie przerzucają się od stoiska do stoiska, odwiedzając ulubione lokale i próbując nowych wersji swych ulubionych przekąsek („małego jedzenia” 小吃), przy okazji zawiązując nowe przyjaźnie i podtrzymując stare.
Istnienie instytucji nocnego targu tłumaczy, dlaczego Tajwańczycy należą do najpóźniej kładących się spać narodów świata (drugim ważnym czynnikiem są internetowe komunikatory..). Nie tłumaczy natomiast zupełnie, dlaczego tak mało jest na Tajwanie ludzi otyłych. Jedzenie sprzedawane na „night marketach” trudno uznać za dietetyczne, poza tym jak niesie wieść gminna najłatwiej przytyć jedząc po nocach. To na wyspie nie jest niczym trudnym. Szef jednej z moich ulubionych „bud” na sąsiedzkim nocnym targu ShiDa był bardzo zdziwiony, kiedy zjawiwszy się w jego lokalu o 2.14 nad ranem zadałem pytanie, które pozycje z menu są dostępne. Dostępne były wszystkie, łącznie z moją ulubioną: kawałem-ryby-pływającym-w-brunatnej-brei-r
Patrząc z perspektywy wschodnioeuropejskiej, jakość jedzenia sprzedawanego „na ulicy” jest generalnie rzecz biorąc wysoka. Ma na to wpływ zaciekła konkurencja. Dla wielu rodzin prowadzenie własnego lokalu czy stoiska to główne/jedno z głównych źródeł dochodu. Tajwańczycy uwielbiają porównywać jakość potraw w poszczególnych miejscach i przedstawiać sobie własne kulinarne odkrycia. Poziom nieznanego lokalu oceniają głównie po panującym w nim ruchu albo rozmiarze ustawionej przed nim kolejki, a nie jak Europejczycy , po jego estetyce (jedne z najsmaczniejszych posiłków na wyspie jadłem przy chybotliwych stolikach nakrytych ceratą, siedząc koło stosów tekturowych pudeł, pod niemalowanymi od dziesiątek lat ścianami, z których zwisały podejrzanie przypominające papier toaletowy „serwetki”). Klient, któremu nie smakowało danie, albo pochorował się po jego zjedzeniu, może udać się do jednego z dziesięciu lokali położonych na sąsiedniej ulicy, a do feralnej jadłodajni nie zajrzy już nigdy. Stąd kulinarnej eksploracji Tajwanu raczej rzadko towarzyszą niemiłe niespodzianki, zakładając oczywiście że ktoś akceptuje chińską kuchnię. Wtedy można nawet zjeść zupę z węża, popijając jego krwią, żółcią i jadem, i nic się nie stanie! (przynajmniej nie stało się przez ostatnie dwa tygodnie … : )
II.
Innym wskaźnikiem trawiącej Tajwan chińskiej jedzeniowej obsesji jest podejście wyspiarzy do kwestii podróżowania. Dla przeciętnego Tajwańczyka opuszczenie domu rodzinnego chociażby na pół dnia musi mieć jakieś uzasadnienie kulinarne. Nawet jeśli nie będzie to wizyta u krewnych lub przyjaciół (ci na pewno będą wiedzieć, jak podjąć gościa…), to i tak skończy się przy stole albo na nocnym targu, z tłustą papierową torebką albo jakimś smakołykiem na patyku w garści. Wspólny posiłek jest absolutnie kluczowym punktem każdego weekendowego czy urlopowego wyjazdu, dlatego bardzo często cel wycieczki ustala się pod kątem spodziewanych atrakcji kulinarnych. Na Tajwanie jest to niezwykle proste, biorąc pod uwagę, że niemal każda większa miejscowość chwali się jakimś lokalnym specjałem, smakującym rzekomo inaczej i lepiej niż podobne potrawy oferowane w innych częściach kraju. Kiedy Tajwańczycy myślą o swoim kraju w kategoriach turystycznych, nie wyobrażają sobie zielonej górzystej wyspy otoczonej błękitnymi wodami – widzą plątaninę zapraszająco migających światełek szyldów, nawołujących do skosztowania wieprzowych kulek z Hsinchu, suszonego tofu z Dasi albo ryżu z indykiem według receptury z Chiayi. Tainan, dawny ośrodek administracyjny wyspy i stolica ostatnich władców z dynastii Ming, miasto pełne wspaniałych i dobrze zachowanych reliktów tradycyjnej chińskiej kultury, być może jedyne tajwańskie miasto, które może pod względem zabytków równać się z chińskim kontynentem – ten właśnie Tainan dla niemal wszystkich znanych mi Tajwańczyków to stolica wieprzowych kopytek, „oleistego ryżu” oraz makaronu z krewetkami i jajkami gotowanymi w herbacie.
Podobna skala wartości obowiązuje w turystyce międzynarodowej. Tajwańskie przewodniki po sąsiednich azjatyckich krajach to w zasadzie katalogi lokalnych potraw i lokali, w których można smacznie i tanio zjeść. Gdy przygotowywano niedawno zainicjowane odwiedziny turystów z ChRL na Tajwanie, symbolizujące nową odwilż w stosunkach chińsko-tajwańskich, jednym z głównych punktów obrad autorytetów z obydwu stron cieśniny były – zaraz po kwestiach bezpieczeństwa i zagrożeniach zdrowotnych – przyprawy dodawane do potraw serwowanych gościom z Kontynentu!
III.
Nie chciałbym sprawiać wrażenia, że przytaczając powyższe przykłady drwię z tutejszej kultury. Osobiście nie byłbym w stanie patrzeć na Toruń przez pryzmat pierników, albo zrezygnować z wycieczki górskiej dla obiadu w bacówce. Jestem w stanie wyobrazić sobie udane spotkanie towarzyskie bez zaliczenia kilkunastu przekąsek, zaś rozmowy o jedzeniu generalnie mnie nużą. Smakowanie świata nie daje mi tyle przyjemności, co Azjatom. Jednak w pełni akceptuję fakt, że w tej części świata jedzenie nie jest tylko „żarciem”. Potrawy, które składają się na znaną na całym świecie „chińską kuchnię” - intensywne w smaku i trudne do przejedzenia zestawy ryżu, mięsa, warzyw, grzybów, owoców morza itd. – dzisiaj dostępne są codziennie w byle każdej restauracji, jednak do całkiem niedawnych czasów okazją do ich jedzenia było wyłącznie święto. Obfite i smaczne jedzenie dzielono z bogami podczas wioskowych świąt, z krewnymi i powinowatymi podczas rodzinnych uroczystości, z przyjaciółmi i wspólnikami podczas ceremonialnych uczt (w konfucjańskiej kulturze poważnym relacjom międzyludzkim musi towarzyszyć ceremonia).
Między innymi dlatego, waga, którą Chińczycy „od zawsze” przywiązują do czynności jedzenia, nie jest ich śmiesznym dziwactwem. Ich kulinarna obsesja jest wyrazem ich tradycyjnego światopoglądu, zarazem brutalnie realistycznego i naiwnie optymistycznego. Europejczycy obserwujący jedzących Chińczyków zwracają uwagę na egzotyczne potrawy, pałeczki i miseczki, odgłosy siorbania albo pobojowisko zwierzęcych kości zostawione po uczcie. Jednak przypatrując się dokładniej można z chińskiego jedzenia odczytać coś więcej - całą „chińską filozofię”, wcale niekoniecznie zawiłą i trudną:
życie na co dzień nie jest łatwe, ale daje chwile przyjemności które można wykorzystać do maksimum ;
ten świat jest najlepszym z możliwych, i nic lepszego nad to, co na nim przeżyjemy, nam się nie przydarzy;
cieszyć można się tylko wspólnie;
człowiekiem jestem, i nic co zwierzęce, nie jest mi niesmaczne.
Itd.
Importowany z Indii buddyzm może przestrzegać przed przywiązaniem do zmysłowych radości i obiecywać niewysłowioną i nie dającą się wyobrazić rozkosz wolnej od wszelkich pokus Nirwany. Ale i tak dla wielu Chińczyków wizyta w górskiej buddyjskiej świątyni to przede wszystkim świetna okazja do zjedzenia smacznego wegetariańskiego jedzenia przygotowanego przez uprzejmych mnichów w cichym, estetycznym otoczeniu. Jeśli chodzi o tradycyjną chińską religijność, to jej być może centralnym elementem, niezmienionym przez upływ epok i kolejne migracje, jest właśnie dzielenie się jedzeniem z istotami zamieszkującymi „tamten świat” - bogami, przodkami albo duchami. Teoretycznie im bardziej potężna istota jest adresatem ofiary, tym mniej „ludzki” jest ofiarowany posiłek; i tak, zmarłemu dziadkowi ofiaruje się regularne danie z przyprawami i pałeczkami, eterycznej bodhisattwie wystarczą owoce, woda i dym z kadzideł. Jednak nie wszyscy przestrzegają tych rozróżnień w praktyce. Wielu ludzi nie widzi nic niewłaściwego w tym, by ofiarować kawał dobrej wieprzowiny Nefrytowemu Cesarzowi, potężnemu niebiańskiemu bóstwu taoistycznej mitologii. Nawet jeśli on sam nie potrzebuje tylu kalorii, by dobrze zarządzać wszechświatem, na pewno skusi się ktoś z otaczającej go licznej świty pomniejszych niebian. Zaświaty zaświatami, ale trudno uwierzyć, by gardzili tam smaczną świniną!
Tym sympatycznym i nie-sentymentalnym akcentem żegnam wszystkich, którzy jeszcze zaglądają na tę stronę. Do zobaczenia lub przeczytania!
Ta faktycznie często słyszana z ust turystów zbitka wielu Tajwańczyków irytuje, ponieważ traktują ją jako grzecznie zakamuflowany sposób powiedzenia czegoś w rodzaju: „nic tu właściwie u was nie ma, ale bawiłem się nieźle”. To podejrzenie jest szczególnie bolesne w odniesieniu do artystów, którzy mieszkają godzinę drogi autobusem od jednego z kilku najważniejszych zbiorów dzieł sztuki na świecie (chodzi oczywiście o Muzeum Pałacowe w Taipei, gdzie zrabowane/uratowane z Pekinu skarby cierpliwie czekają na dzień zjednoczenia, oby długo jeszcze). Z drugiej jednak strony, możliwe, że zapatrzeni w swoje parki narodowe i tętniące życiem świątynie Tajwańczycy nie doceniają samych siebie (bo o to, że nie doceniają swojego jedzenia, trudno ich posądzać!). Teraz już tego na głos nie powiem, by nie powtórzyć błędu niedelikatnych artystów, ale ja również uważam, że „ludzie” są jedną z największych atrakcji tej małej wyspy.
Pamiętam, że odcinek odpowiadający na pytanie, czy Japończycy są mili, był jednym z najczęściej czytanych i komentowanych na moim poprzednim journalu. Dlatego wykorzystując chwilę wolnego sieciowego czasu postanowiłem dopisać do niego tajwańskiego sequela.
Generalna teza odcinka od Japończykach była mniej więcej taka: Japończycy są na ogół wyjątkowo uprzejmi w ramach obowiązującej w ich kulturze etykiety – etykiety bardzo rozbudowanej i raczej powszechnie respektowanej. Należy jednak zachować trzeźwy sceptycyzm co do tego, na ile ich wyszukana grzeczność pokrywa się z rzeczywistymi odczuciami względem naszej osoby. Wydaje się, że w sytuacjach, gdy żaden z wyuczonych przepisów etykiety nie ma zastosowania, Japończykom często kończy się inicjatywa we wzajemnych kontaktach. Grzeczności można się z ich strony spodziewać zawsze, spontanicznej życzliwości – już niekoniecznie.
Kontakty z Tajwańczykami pozostawiają inne wrażenie. Po pierwsze, w relacjach między ludźmi jest tutaj znacznie mniej ceremoniału niż w Japonii. Dotyczy to zarówno wymuszonych interakcji między obcymi na ulicy czy w środkach komunikacji, jak i stosunków między znajomymi. Do tego, żeby zachowywać się bardzo uprzejmie na Tajwanie, niepotrzebna jest znajomość jakiegoś specjalnego wariantu języka w rodzaju japońskiego keigo. Prawienie rozmówcy komplementów oraz kategoryczne zaprzeczanie wszelkim komplementom, które usłyszymy na swój temat są jak najbardziej mile widziane, ale rytuał ten odbywa się raczej w swobodnej atmosferze. Nie trzeba za pomocą odpowiedniego użycia słów przesadnie wywyższać rozmówcy (oraz jego rodziny) ani specjalnie poniżać siebie (a już swojej rodziny poniżać zupełnie nie wypada – to jedna z fundamentalnych różnic między chińską a japońską etykietą). W codziennych sytuacjach zbędne są jakiekolwiek ukłony, zaś dotknięcie rozmówcy tej samej płci podczas ożywionej wymiany zdań nie jest niczym niezwykłym.
Równocześnie trudno się oprzeć wrażeniu, że Tajwańczycy są społeczeństwem grzecznym. Mimo stłoczenia, w jakim żyją, mają do siebie nawzajem wiele cierpliwości. W codziennych sytuacjach dosyć konsekwentnie trzymają się przynajmniej elementarnych zasad etykiety. Bardzo rzadko można tu zaobserwować przypadki wzajemnego ostentacyjnego lekceważenia, jawnie okazywanej niechęci czy agresji. Ludzie wychowani w tradycyjnej chińskiej kulturze są bardzo podejrzliwi względem tych, którzy publicznie manifestują jakiekolwiek silne uczucia. W oczach tajwańskiej ulicy pary, które chcą pokazać całemu światu, jak gorąca jest ich miłość, oraz grupki piwoszy pragnące podzielić się z publicznością swym dobrym nastrojem wcale nie wyglądają sympatycznie (to, co napisałem do tego momentu, powinno się odnosić również do kontynentalnej chińskiej ulicy, o ile mi wiadomo). Publiczne okazywanie gniewu, obrażanie innych ludzi czy głośne przeklinanie robi oczywiście jeszcze gorsze wrażenie, zwłaszcza, jeśli nie do końca wiadomo, kto ma rację w toczącym się sporze (bo jeśli policjant likwiduje nielegalne stoisko z ubraniami, to wolno mu nawet kopnąć wózek handlarza i nikt nie uzna tego za skandal). Nie oznacza to, że takie zachowania nie mają na Tajwanie miejsca. Jest jednak z pewnością sporo powodów, dla których wielu Tajwańczyków pilnuje się, by nie miały. Społeczne konsekwencje braku opanowania w obecności osób trzecich mogą być bolesne – tak jak bolesna musi być „utrata twarzy”. Wyrażenie to, swoją drogą, pojawiło się w językach europejskich jako jeden z pierwszych w długiej serii importów z Chin.
To, co napisałem powyżej, naturalnie dotyczy w większym stopniu ludzi starszych niż młodzieży, nie należy jednak sądzić, że nastąpił jakiś wielki generacyjny przełom. W ostatnich kilku miesiącach miałem okazję obserwować jak jeden ze studiujących w Taipei Polaków, osoba o z pewnością ekstrawertycznym sposobie bycia, nawet jak na nasze standardy, dostawał serię towarzyskich „koszy” od kolejnych młodych Tajwańczyków, z którymi próbował się zaprzyjaźnić. Zbyt „luzackie” i bezpośrednie zachowanie, niezależnie od intencji, jakie się za nim kryją, spotyka się tutaj często z zakłopotaniem i niezrozumieniem, a na dłuższą metę oznacza izolację. Pewna doza nieśmiałości i rezerwy przy pierwszym kontakcie jest znaczne lepiej widziana.
Mniejszy ceremoniał oznacza mniejszy dystans między obcymi i świeżo poznanymi ludźmi, co za tym idzie – większe pole do popisu dla inicjatywy w kontaktach międzyludzkich. Być może wśród czytających ten odcinek jest koleżanka, która po upadku na japońskich schodach długo czekała, zwijając się z bólu, aż ktoś podejdzie do niej i zapyta się „o co kaman” (dziwnym trafem był to inny zagraniczny student). Nie wyobrażam sobie podobnej sytuacji na Tajwanie. Nie miałem tutaj, co prawda, porównywalnie drastycznych doświadczeń, jednak wnioskuję o tym z faktu, że ilekroć zadumam się nad nazwą ulicy na tabliczce albo zacznę w ruchliwym miejscu studiować plan miasta, w którym jestem, natychmiast ustawia się mała kolejka ludzi niemalże natrętnie garnących się do pomocy w znalezieniu drogi.
Wydaje mi się, że właśnie przejawiania przez wielu Tajwańczyków gotowość do właściwie bezinteresownego dzielenia się z obcokrajowcami swoim czasem i „dobytkiem” jest tym, co skłania wielu odwiedzających Tajwan do zachwytów nad jego mieszkańcami. Poważne publikacje utrzymują, a mniej poważne powtarzają to za nimi, że chodzi tutaj znowu o zachowanie „twarzy”. W tym wypadku twarz zachowuje się względem obcokrajowca, który jest gościem w naszym kraju, a więc wypada zaimponować mu na zasadzie „zastaw się, a postaw się”. Nie jestem co do tego przekonany. W tej ludzkiej masie obcokrajowcowi naprawdę trudno by było spamiętać, kto stracił twarz nie zwracając na niego uwagi w potrzebie. Jednocześnie mam wrażenie, że niektórym Tajwańczykom po prostu sprawia frajdę, kiedy mogą cudzoziemca gdzieś zawieźć na skuterze, wyrysować mu mapkę czy pomóc w kupieniu jakiegoś lokalnego przysmaku. Oni to po prostu lubią.
Wśród niektórych przypadków zaskakującej hojności wyspiarskiego ludu mógłbym wymienić rowerzystę, który ofiarował mi swój kask, gdy dowiedział się, że mam zamiar wracać do domu po zmroku na pożyczonym rowerze bez świateł. Albo pana, który na dwie godziny porzucił rodzinę, z którą wybrał się na spacer, żeby pokazać mi wszystkie swoje ulubione punkty widokowe w Parku Krajobrazowym GuanDu (raj dla amatorów obserwacji ptaków i krabów). Ten przypadek nie jest być może całkiem „czysty”, jako że ów pan miał swoją misję – jako praktykujący nefrolog pragnął przekazać Zachodowi ostrzeżenie przed chińskimi ziołami leczniczymi, które niewłaściwie zażywane prowadzą do uszkodzenia nerek. Zioła tak jak inne leki mają swoje dawki, interakcje i przeciwwskazania, których ignorowanie kończy się dla organizmu bardzo źle. Zwłaszcza tradycyjne lekarstwa wyrabiane w Chinach Ludowych, których składniki jak i proporcje tych składników bywają (nie bez powodu) niejawne, mogą przy nieumiarkowanym stosowaniu zaprowadzić kuracjusza do stacji dializ. Niniejszym przekazałem ów komunikat z kilkumiesięcznym opóźnieniem, mam nadzieję, że nikt nie ucierpiał na zdrowiu przez tą zwłokę.
Innym wzruszającym dowodem hojności był upominek, którym chcieli mnie obarczyć gospodarze mojej noworocznej eskapady. Był to ni mniej nie więcej tradycyjny chiński miecz widoczny poniżej, który jeden z kilkunastoletnich domowników kupił za swoje oszczędności.
Odmówiłem przyjęcia tego ciekawego eksponatu, tłumacząc się ogólnie znanymi kłopotami z przewozem mieczy drogą lotniczą. W ramach rewanżu w podarowywaniu dziwnych przedmiotów obiecałem kolorowy szalik, taki, „jaki noszą Europejczycy na meczach”. Mam nadzieję, że ktoś powie mi, gdzie jest godny zaufania sklep z szalikami kibiców w Krakowie :).
Ciekawe, że tam, gdzie w grę wchodzą jedynie pieniądze, a nie wolny czas, domowe jedzenie czy też upominki, tajwańska hojność chowa się do kieszeni. Tajwańczycy mają opinię „Szkotów Azji” i coś w tym chyba jest. Rozliczają się skrupulatnie i konsekwentnie. Tak jak przystało na naród, który dokonał cudu gospodarczego.
Wracając jeszcze na chwilę do tematu różnic między Japonią a Tajwanem chciałem zwrócić uwagę na kwestię związaną ze znajomością języków obcych w obu wyspiarskich krajach. Zawsze uważałem, że lwia część niezręczności, które powstają w kontaktach Japończyków z cudzoziemcami wynika z problemów językowych. Japończycy w swojej masie nie potrafią się porozumiewać w obcych językach, nawet tych, których się uczą latami (chodzi tu przede wszystkim o angielski, uważany przez nich za wspólną mowę wszystkich białych ludzi). To powoduje w nich ciche kompleksy i tajoną frustrację, ożywianą przez okazyjne spotkania z obcokrajowcami. Nikt nie lubi przebywać z ludźmi, z którymi trudno się dogadać i nikt nie lubi, kiedy mu się przypomina, że nie umie się dogadać, chociaż już dawno powinno się umieć.
Na Tajwanie problem ten istnieje w o wiele mniejszej skali. Można nawet mówić o jego swoistym przeciwieństwie – problemie lekko nachalnych maniaków języka angielskiego, dla których każdy biały jest chodzącym repetytorium z wymowy i słówek (świadomość, że zbiór osobników rasy białej i zbiór native speakerów języka Szekspira nie są tożsame, nie jest tutaj powszechna). Osobnicy tego pokroju pragną zaprzyjaźnić się z każdym cudzoziemcem, który zechce im podać swój numer telefonu komórkowego, i zrobią wszystko, by nigdy nie pozwolić mu przemówić po chińsku – każde chińskie zdanie to przecież strata cennego czasu, który można poświęcić na szlifowanie swojej angielszczyzny.
Zwłaszcza Taipei i okolice pełne są ludzi, którzy dzięki tytanicznie wytrwałej nauce i/lub zagranicznemu wyjazdowi osiągnęli bardzo przyzwoity poziom znajomości angielskiego i aż przebierają nogami (w przypadku co najmniej jednej spotkanej przeze mnie xiaojie nie jest to przenośnia) do tego, by się tym poziomem znajomości popisać. Zagadanie do cudzoziemca z poprawnym amerykańskim (innych się tu nie uznaje) akcentem, zdaniem pełnym fikuśnych idiomów to dla wielu Tajwańczyków chwila przemożnej radości i dumy. Coś jakby otwarcie okna na wielki Świat, który nie jest wyspą o niejasnej tożsamości i statusie, ale bezkresną krainą atrakcji i możliwości. Sądzę, że to uczucie może być znane niektórym Polakom. W dzisiejszym świecie kompleksy danego narodu poznaje się po stosunku do języka angielskiego
Nieco osobną kwestią jest stosunek do Japończyków i ich języka, który jeszcze dwa pokolenia temu był urzędowym językiem na Wyspie. Kwestia to bardzo skomplikowana i ciekawa, tym bardziej, że również nasuwa się porównanie z Polską. Ci Tajwańczycy, którzy osiedlili się na wyspie po wojnie domowej w 1949 roku, pamiętają Japończyków przede wszystkim jako agresorów i zbrodniarzy wojennych. Tymczasem ci, którzy żyli na wyspie w latach japońskiej okupacji, często wyrażają się o nich z pewną dozą szacunku. Chociaż nie do końca pokrywa się to z tradycyjnymi ujęciami w podręcznikach ery Kuomintangu, Japończykom pamięta się nie tylko bezwzględność, militaryzm i nacjonalistyczną propagandę, ale także wysoką dyscyplinę, perfekcyjną organizację oraz edukację i higienę na światowym poziomie.
Dużo mogłaby o tym powiedzieć Aiko, Japonka, którą poznałem na Tajwanie. Kilka razy zdarzało się, że nasza rozmowa po japońsku przyciągnęła uwagę jakiejś starszej osoby, która sama posługiwała się nienaganną japońszczyzną zapamiętaną z okupacyjnej szkoły. Sytuacje takie były krępujące dla Aiko, wychowanej w duchu pacyfistycznej skruchy, ale bynajmniej nie dla tajwańskich staruszków. Jeden z nich uznał nawet za stosowne popisać się znajomością geografii Kraju Kwitnącej Wiśni, a dokładnie tego, co na jej temat dowiedział się w toku swojej „patriotycznej” edukacji. Ach ci zawzięci i mściwi Azjaci…
Od kilkunastu lat pierwsza dekada kwietnia to na Tajwanie czas dwóch wielkich masowych imprez, w których dziesiątki tysięcy wyspiarzy uczestniczą osobiście, podczas gdy pozostałe miliony śledzą ich poczynania na ekranach telewizorów i w prasie. Ponieważ „grupy docelowe” tych dwóch wydarzeń tylko w niewielkim stopniu pokrywają się ze sobą, uczestnictwo w obydwu pozwala spojrzeć na bardzo szeroką panoramę współczesnej kultury tajwańskiej – dokładnie taką, jaką chce się zobaczyć przyjeżdżając tu na (pierwszy?) rok z drugiego końca świata.
Pierwszą z tych imprez jest Spring Scream (po chińsku - Chuntian Nahan), jeden z największych w Azji plenerowych festiwali muzycznych, gromadzący wykonawców i fanów wyspiarskiego rocka na tropikalnym południowym przylądku Hengchun. Druga to doroczna pielgrzymka wyznawców Mazu – Królowej Niebios ze świątyni Zhenlan w miejscowości Dajia do świątyni Fengtian w miejscowości Xingang i z powrotem, podczas której tysiące pobożnych pielgrzymów pokonują na nogach 200-kilometrową trasę, towarzysząc świętemu palankinowi zawierającemu podobiznę bogini. Według rankingu sporządzonego przez telewizję Discovery jest to jedna z trzech największych uroczystości religijnych na świecie – pod względem liczby zaangażowanych uczestników, rozmiaru towarzyszącej „infrastruktury” oraz znaczenia dla lokalnej społeczności.
Doprawdy trudno powiedzieć, które z tych wydarzeń jest dla mnie osobiście ciekawsze – opis zacznę od Spring Scream, ponieważ chronologicznie skończył się jako pierwszy (na oficjalne zakończenie uroczystości pielgrzymkowych wyruszam jutro bladym świtem : ).
****************************************
Wspominając na japońskim livejournalu o koncertach rockowych, w których uczestniczyłem w Osace, napisałem, że nie zgadzam się z europejskim zwyczajem traktowania azjatyckiego rocka jako „dziwactwa”, nie pasującego do stereotypowego obrazu orientalnej kultury. Jak pokazuje przykład Wielkiej Brytanii, właśnie społeczeństwo rządzone przez tradycje i konwenanse to bardzo sprzyjające środowisko dla rozwoju „sztuki rebelii”, którą jest (a raczej – bywa) rock. „Nie zdrowi lekarza potrzebują”.
Łatwo było mi coś takiego napisać w Japonii, akurat jedynym wschodnioazjatyckim kraju, w którym muzyka rockowa we wszystkich właściwie odmianach z powodzeniem rozwija się od ponad 30 lat, ma swoich oddanych fanów, profesjonalną, zorganizowaną scenę i dochodowy rynek. Wszystko to dalej od głównego nurtu kultury niż na Zachodzie, ale jednak do odnalezienia dla każdego zainteresowanego.
Na Tajwanie rzeczy mają się jednak inaczej. Podobnie jak w Chinach Ludowych, z powodów częściowo politycznych subkultura rockowa pojawiła się tutaj na dobrą sprawę dopiero na początku lat 90-tych - a więc w czasie, gdy w Europie i USA zaczęto już mówić o jej wypaleniu, zmierzchu, ostatecznej komercjalizacji itd. Estetyka rockowa trafiła do chińskiego świata razem ze świeżymi wtedy estetykami hip-hopu, techno itd., tworząc pakiet „zachodnich rzeczy do przeszczepienia na nasz grunt” – na podobnej zasadzie jak taniec towarzyski, pizzerie czy śnieżnobiałe suknie ślubne. Traktowany jako cudzoziemska ciekawostka, błyskotka dla modnej młodzieży, a jednocześnie skojarzony z wartościami odrzucanymi przez chińskie społeczeństwo, rock nie znalazł zbyt wielu miłośników, gotowych poświęcić mu wiele godzin swojego życia. Problemy zaczynały się już na najbardziej podstawowym poziomie – mieszkający w rodzinnym stłoczeniu młodzi Tajwańczycy nie mieli warunków do ćwiczenia gry na perkusji czy elektrycznej gitarze, zaś każdy aspirujący klub rockowy musiał zmierzyć się ze zorganizowaną kampanią skarżącej się na hałas społeczności sąsiedzkiej. W pewnym sensie sytuacja ta pozostała niezmieniona do dzisiaj. Ilość sal koncertowych w Taipei regularnie goszczących zespoły rockowe to jedna dziesiąta tego co w Tokio, zaś o zespołach rockowych, których członkowie nie utrzymywaliby się z jakiegoś innego „normalnego” zajęcia, słyszano tutaj tylko w opowieściach.
Wiele jest więc przyczyn, dla których obecnie, kilkanaście lat później, w tajwańskim radiowo- telewizyjno - internetowym mainstreamie nadal niepodzielnie króluje (cesarzuje?) pop. Pół biedy, jeśli jest to pop z lokalnym kolorytem, na przykład tak zwany „mando[mandarin]-pop”, którego światowym centrum i bastionem Wyspa pozostaje co najmniej od czasów debiutu nieodżałowanej Teresy Teng. Gorzej, że często jest to wykonana w wyspiarskiej skali kopia amerykańskiego formatu „gwiazda dla mas”. Oczywiście wszystko, co „głośne”, „hałaśliwe”, „buntownicze” itd. nadal trzymane jest od głównego nurtu z dala. Nie zmienia tego faktu popularność kilku pop-punkowych formacji wzorujących się na japońskich zespołach „młodzieżowych” albo medialna obecność paru nieco mniej ugrzecznionych grup, w których rolę wokalistki i frontmenki pełni jakaś la-mei (w dosłownym tłumaczeniu: „ostra siostrzyczka”, niedosłownego tłumaczenia jak sądzę nie trzeba podawać). W większości przypadków wrażenie pozostaje podobne: image i wyniki sprzedaży są dla tych wykonawców ważniejsze niż sama muzyka czy teksty.
W obliczu obojętności „szerokich mas”, rock na Tajwanie pozostaje w dużej mierze – w każdym razie znacznie większej niż w innych znanych mi krajach – rozrywką dla rezydujących obcokrajowców. Wielu znajomych Tajwańczyków wśród stereotypów na temat białych ludzi wymienia i ten, że w przeciwieństwie do Azjatów lubią oni słuchać „głośnej i hałaśliwej muzyki”. Stwierdzenie to trąci hipokryzją o rozmiarach Taipei 101 – podczas tradycyjnych chińskich uroczystości religijnych sam huk gongów, bębnów i petard, nie wspominając o muzycznym akompaniamencie, jest w stanie ogłuszyć uczestnika znacznie skuteczniej niż rockowy koncert w dobrze nagłośnionym klubie. Nie jest to żadna retoryczna przesada. Po jednym dniu przyglądania się ceremoniom ku czci Mazu moje nieszczęsne uszy poniosły większe straty mierzone w „szumo-dniach” niż po trzech dniach ciągłego „rockowania” na Spring Scream! Ale o tym, że głuchota to choroba zawodowa sinologa, wiedziałem od dawna…
Fakt faktem, biali i Japończycy stanowią istotny filar wyspiarskiego życia klubowo-koncertowego. Wspomagają tutejszą scenę jako wykonawcy, słuchacze i organizatorzy. Nie raz zdarzało mi się bywać na koncertach skądinąd ciekawych młodych tajwańskich grup, na których jedyną stałą widownię stanowiły dziewczyny muzyków, ich kolega z aparatem fotograficznym, właściciel lokalu, zespół występujący w następnej kolejności oraz kilku białych ekspatów, którzy jako jedyni wydawali się dobrze bawić. Dwa razy zdarzyło się, że na salce koncertowej przypadkiem znalazł się jakiś pan z uroczym pieskiem, co oznaczało automatyczne wyłączenie z widowni dziewczyn muzyków, o wiele bardziej zainteresowanych słodziutkim przybyszem. Tego rodzaju „kameralne do bólu” koncerty kończą się zawsze przed północą, gdy członkowie ostatniego w kolejce zespołu w pośpiechu opuszczają klub, aby zdążyć na metro, i w co bardziej drastycznych przypadkach trafić do domu przed godziną wyznaczoną przez rodziców.
Oczywiście nie wszystko i nie zawsze wygląda w ten sposób. Zupełnie inną tajwańską publiczność zobaczyłem w akcji, gdy z okazji 61 rocznicy powstania 28 lutego (rozruchów związanych ze sprzeciwem rdzennych Tajwańczyków wobec metod, jakimi zarządzał wyspą Kuomintang) w renomowanym taipejskim klubie rockowym The Wall wystąpiła legendarna „dysydencka” grupa z byłej Czechosłowacji – The Plastic People Of The Universe. Nie wiem, na ile wpłynęła na to nieco upolityczniona atmosfera koncertu (przed salą rozstawiono naturalnej wielkości makiety policjantów i żołnierzy z maskami Chiang Kai-sheka na twarzach), ale przyjęcie, jakie zgotowali znajomkom Vaclava Havla młodzi Tajwańczycy było naprawdę entuzjastyczne, a reakcja na niełatwą przecież, „progresywną” muzykę grupy – bardzo żywiołowa i autentyczna, podobnie zresztą jak atmosfera na towarzyszących imprezie występach lokalnych grup punkowych.
Jadąc na Spring Scream nie do końca więc wiedziałem, czego mam się spodziewać. Festiwal założony w 1995 roku przez dwóch – a jakżeby inaczej – zagranicznych muzyków-amatorów jako luźne jam-session pod skwarnym niebem tajwańskiego Południa, w ciągu liku lat rozrósł się do mamucich rozmiarów (w tym roku grało tam 250 wykonawców na siedmiu scenach) i obrósł nieco komercyjną otoczką (sponsorzy, gadżety, opłaty). Dla tajwańskich mediów „Wiosenny krzyk” stał się niewyczerpanym źródłem fascynacji, pretekstem do błyskotliwych analiz i refleksyjnej zadumy nad młodym pokoleniem Wyspiarzy. W około-festiwalowych reportażach i relacjach autorytety lamentują nad upadkiem obyczajów, policjanci grożą potencjalnym narkomanom, lokalni samorządowcy cieszą się z krociowych zysków, a obładowana plecakami i karimatami młodzież recytuje dziennikarzom hasła o muzyce, wolności i miłości, które na zachodzie od dawna już wypada nazwać sloganami.
Ze wszystkich rockowych festiwali na świecie Spring Scream cieszy się prawdopodobnie najbardziej malowniczą lokalizacją – w tym roku ośrodkiem całej imprezy była latarnia morska w Eluanbi, wyznaczająca najbardziej wysunięty na południe punkt Formozy. Ze wzgórza nad główną sceną widać sam „koniec Tajwanu” - lazurowy Pacyfik, plażę z rafą koralową, zawsze ciemnozielone wzgórza Parku Narodowego Kending, ostoi tropikalnej flory i fauny. W powietrzu upał i motyle wielkości ludzkiej dłoni. Aby znaleźć odrobinę cienia, festiwalowy namiot trzeba było rozbić w sąsiedztwie palmy kokosowej (swoją drogą, czy ktoś w Polsce wie, że co roku więcej ludzi ginie od spadających z drzew kokosów niż w katastrofach lotniczych?), i – co okazało się już po zwinięciu – na gniewnie machającym szczypcami krabie (nie mam pojęcia, jak to się stało, że przez trzy dni nikt go nie poczuł : ).
Wśród dwustu kilkudziesięciu grup występujących na Spring Scream trudno było znaleźć taką, której istnienia byłaby świadoma europejska publiczność. Wybudowane na tropikalnie bujnej trawie festiwalowe sceny zdominowały pół-amatorskie i amatorskie tajwańskie zespoły studenckie, regularnie grające w kilku klubach na ulicy Roosevelta w Taipei. Uzupełniały je lokalne gwiazdy „expat-beatu” – zespoły złożone z pracujących na Tajwanie nauczycieli angielskiego, tworzące coś w rodzaju osobnej pod-sceny tajwańskiego rocka. Za liderów tego nurtu można uznać punkowy band Consider The Meek, post-rockowy To The God Unknown grający muzykę zbliżoną do japońskiego Mono i wczesnego Pink Floyd oraz promujące „teksańskie brzmienia” hard-rockowe trio The Deadly Vibes. Wszystkie te grupy bywają gwiazdami weekendowych wieczorów w Taipei. Z muzykami ostatniego z tych zespołów dwa razy byłem na przysłowiowym piwie i niech sam ten fakt wymownie świadczy o międzynarodowej „randze” festiwalu Spring Scream.
Całości repertuaru dopełniły początkujące i drugo-ligowe zespoły japońskie, oraz goście z Hong Kongu i Singapuru. Zanotowano też jeden zespół francuski i to z trzema albumami w dorobku [oraz dwoma groupies](Dimi Dero Inc.)
Dla zachodnich uszu taka lista obecności nie brzmi zbyt zachęcająco (delikatnie mówiąc). Być może dlatego w spring-screamowym autobusie, zdominowanym przez gromadnie nawiedzających festiwal nauczycieli angielskiego, panowała nieco straceńcza atmosfera. Anglosascy pedagodzy, zapewne wiedzeni przeczuciem niewystarczająco rockowych emocji czekających ich na błoniach przylądka Hengchun, postanowili chyba odtworzyć w festiwalowym pojeździe atmosferę tras koncertowych zespołu Motorhead. Jako że autobus pokonywał niemal całą długość wyspy, czasu mieli pod dostatkiem (co najmniej 9 godzin). W programie znalazła się m.in. ostra popijawa doprawiona grzybkami halucynogennymi, sikanie do puszek po piwie i wyrzucanie podpalonych „nocników” na zewnątrz, nagabywanie łamaną chińszczyzną przerażonych Tajwanek skulonych na siedzeniach ostatniego rzędu oraz śpiewy, ryki i przekleństwa dające pełny przegląd odmian angielskiej wymowy – od wariantu północno-brytyjskiego, przez północno-amerykański (Westlands) po australijski i nowozelandzki. Zrozpaczony tajwański kierowca próbował uspokajać sytuację częstymi przystankami i gwałtownym hamowaniem, co jednak powodowało tylko większą migrację pasażerów między siedzeniami. Zwłaszcza, od kiedy pewnemu nauczycielowi z Kanady halucynogeny rozsypały się po podłodze, prowokując kilku kolegów po fachu do wytężonych poszukiwań z nosem przy ziemi….
Na szczęście tego rodzaju desperacja okazała się zupełnie nie na miejscu. Co prawda, żeby to docenić, trzeba było spędzić na festiwalu trochę więcej czasu. Pierwsze wrażenie (po opuszczeniu wariackiego autobusu, wypłukaniu zalanego czyimś Johnnym Walkerem parasola i rozbiciu namiotu) było właśnie takie, jakiego można się było obawiać – nieco zdezorientowane grupki tajwańskiej młodzieży siedzące na trawie, niemal puste okolice mniejszych scen, zespoły z la-mei na wokalu i panie w czerwonych kostiumach sprzedające papierosy Marlboro. Gdzie okiem sięgnąć, tam znudzony biały nauczyciel angielskiego ze swoją tajwańską partnerką (jak się dowiedziałem z autobusowych „rozmów”, owe towarzyszki bardzo często werbowane są specjalnie na festiwalowe dni, jakby wzorem polskich zwyczajów studniówkowych).
Tajwańczycy mają jednak jedną cechę, której wielu ludzi z Zachodu nie docenia, a którą ja akurat osobiście doskonale rozumiem – potrzeba im czasu, aby się rozkręcić. Już podczas piątkowej nocy pod kilkoma scenami zaczął się zdrowy ruch. W sobotę mieliśmy już pogo, head-banging, stage-diving, call-and-response i wszystko inne, co tylko można w koncertowej materii wymyślić, aby było weselej. Każdy grał to, co potrafił i jak potrafił – buntowniczego punka, aborygeńskie pieśni w rockowej aranżacji, heavy metal, J-rock, kowery Pink Floyd czy Iron Maiden, nawet reggae czy ska. Ponieważ nie było na festiwalu wielkich gwiazd, nie było też mowy o jakimkolwiek dystansie między zespołami a publicznością. Kilka występów skończyło się ogólnym zamieszaniem, podczas którego co najmniej połowa widowni w porywie entuzjazmu przeniosła się na scenę, by uczestniczyć w zbiorowym tańcu. Co najmniej parę razy na moich oczach między grających muzyków wdarli się zwariowani przebierańcy, udający obsługę techniczną, kosmitów czy mumię Barry’ego White’a. Wszystko to przy jakimkolwiek braku agresji, chamstwa, wyraźniej zaznaczonych negatywnych emocji.
Patrząc na coraz bardziej szczęśliwy i rozbawiony tłum Tajwańczyków, doszedłem do wniosku, że urok tutejszego rocka nie polega wcale na tym, czego oczekują od niego przybysze z Zachodu. Nie ma w nim zbyt wiele oryginalności ani innowacyjności - prawie każda z lokalnych grup przypominała jakiś zachodni czy japoński zespół znany sporej części widowni. Nie ma w nim instrumentalnej wirtuozerii – niby skąd, skoro młodzi wyspiarze nie mają ani gdzie, ani kiedy ćwiczyć technicznych wywijasów. Nie ma aspiracji do uprawiania rockowej sztuki – Tajwan nie ma i długo nie będzie miał swojego Zappy czy Oldfielda. Jest to za to dużo pasji, kupa dobrej zabawy, humoru i to, co Azjaci lubią najbardziej – poczucie wspólnoty. Poczucie, którego nie złamią nawet intruzi z planety Zachód.
„That was the last song. I want y’all to get back home and get fuckin’ laid! Life is too fuckin’ short! Every single one of you ‘s gotta get laid tonight!” – krzyczy do publiczności Jason z The Deadly Vibes. Nauczyciel angielskiego, a jakże.
Niezręczną ciszę przerywa rosły, muskularny biały brodacz z tatuażem na piersi (zawód domniemany: English teacher).
„Yeah! I’m gonna get laid!” – ryczy, wskazując upierścienionym palcem na swoją filigranową xiaojie. Ta w geście zakłopotania zaczyna dziecinnie okładać piąstkami jego wytatuowaną pierś.
Publiczność szybko się rozchodzi. Jednak co za dużo rock’n’rolla, to nie zdrowo.
To, że Tajwan nie jest tak znaną międzynarodową marką jak Japonia, uświadomiły mi między innymi niektóre pytania polskich znajomych, na które odpowiadałem przed przyjazdem tutaj. Wśród nich znalazły się i takie:
„Dlaczego jedziesz na Tajwan? Przecież nie uczyłeś się nigdy tajskiego?”
„Tajwan? To co, teraz będziesz uczył się tajwańskiego?
Czasami wspominam o tych pytaniach tym Tajwańczykom (a jest ich naprawdę sporo), którzy z jakichś przyczyn są przekonani, że językiem urzędowym w Polsce jest angielski. Informacja, że nie każdy na tym wielkim świecie łączy automatycznie Tajwan z chińszczyzną, jest dla nich równie ciekawa jak ta, że nie każdy w Europie rodzi się ze znajomością angielskiego. Ta świadomość pozwala im spojrzeć z nieco innej perspektywy na nierozwiązany przez nich samych problem tajwańskiej tożsamości.
Bo co to właściwie oznacza, że na Tajwanie mówi się po chińsku?
Większość Chińczyków oraz wielu ludzi na Zachodzie nie widzi w tym pytaniu niczego podchwytliwego. W ich wyobrażeniu każdy jeden człowiek, który rodzi się w etnicznie chińskiej rodzinie, uczy się od rodziców tego samego chińskiego języka i jest to najprawdopodobniej jedyny język, który przez całe życie pozna. Po chińsku, no bo po jakiemu innemu, rozmawia Chińczyk z rodzicami, sąsiadami, rodakami z sąsiedniej prowincji, Tybetańczykami, Ujgurami i wizytującym powiat oficjelem z Pekinu. Po chińsku czyta gazety i ksiązki oraz pisze listy i podania. Jedyna sprawa, o której warto tu jeszcze wspomnieć, to że nasz Chińczyk z sąsiadami i rodziną rozmawia w lokalnej odmianie chińskiego, czyli w jakimś „dialekcie”, a do pozostałych wymienionych funkcji potrzebuje znajomości standardowej i poprawnej wersji swojego języka – tak zwanej „mowy powszechnej”, nauczanej w szkołach i promowanej w środkach masowego przekazu. Coś jak Góral czy Ślązak, który gdy trzeba, przełącza się na literacką polszczyznę.
Trzeba przyznać, że brzmi to bardzo patriotycznie i budująco. Zawsze lepiej, gdy jeden naród ma tylko jeden język, nawet jeśli podzielony na „dialekty”. Nic dziwnego, że taką wizję popiera chińska partia komunistyczna, a kiedyś podpisywał się pod nią rządzący Tajwanem Kuomintang. Językoznawcom nie tak łatwo ten optymistyczny propagandowy obrazek pokreślić, skoro nie ma żadnych powszechnie akceptowanych kryteriów oddzielających język od dialektu. Jedna z bardziej celnych definicji „języka” głosi, że jest to dialekt, za którym stoi piechota i marynarka wojenna, i tak właśnie trochę jest w tym przypadku – o terminologii decyduje polityka.
Zapewne rodowitemu Pekińczykowi, który dopiero po roku mieszkania w Kantonie zaczyna rozumieć, co się mówi się na ulicy, albo urodzonej przed wojną tajwańskiej babuleńce, która prosi wnuki o przetłumaczenie wygłoszonego w oficjalnej chińszczyźnie orędzia prezydenta, pomaga świadomość, że to wszystko jest jeden język, tylko mówiony w różnych dialektach.
My jednak jako bezstronni obserwatorzy nie musimy udawać i możemy (razem z rosnącą liczbą językoznawców) spojrzeć prawdzie prosto w skośne oczy. Chińczycy to naród mówiący wieloma różnymi chińskimi językami, spokrewnionymi ze sobą przez wspólnego przodka. Ich sytuacja językowa jest analogiczna do sytuacji wszystkich Słowian, a nie Ślązaków czy Górali. Z tym, że Chińczykowi z Północy może być jeszcze trudniej dogadać się z Południowcem w jego rodzimej mowie niż Rosjaninowi ze Słoweńcem. Co więcej, same poszczególne języki chińskie (kantoński, hokkieński, wu, hakka itd.) dzielą się na wiele dialektów i gwar, często bardzo różniących się od siebie nawzajem. Ponieważ nowoczesne państwo nie może tolerować takiej wieży Babel, rządy chińskich krajów – ChRL, Tajwanu, Singapuru - każą wszystkim obywatelom nauczyć się jednego wspólnego chińskiego języka. Żeby było sprawiedliwie, nie jest to żaden poszczególny lokalny „dialekt”, ale twór sztucznie spreparowany w latach 20-tych zeszłego wieku. Żeby nie było zbyt sprawiedliwie, został on spreparowany sztucznie na podstawie języka używanego w Pekinie, z niewielkimi wpływami innych, głównie północnych „dialektów”. Dla mieszkańców bardzo zróżnicowanego językowo Południa jest to język obcy, którego uczą się raczej od nauczycieli i prezenterów telewizyjnych niż rodziców.
Język ten w Chinach Ludowych nazywany jest „mową powszechną” (putonghua), na Tajwanie „językiem państwowym” (guoyu). Na Zachodzie znany jest jako mandaryński, a dla mniej wtajemniczonych sinologicznie, jest to po prostu „chiński”.
II.
Na Tajwanie to chińskie splątanie językowe wygląda z jednej strony prościej, z drugiej jeszcze bardziej skomplikowanie. Prościej - dlatego, że z uwagi na małe rozmiary Wyspy oraz lepsze standardy edukacyjne standaryzacja języka w Republice Chińskiej powiodła się lepiej niż w Chińskiej Republice Ludowej (prezydent Chiang, który sam porozumiewał się z otoczeniem w swojej rodzimej odmianie szanghajskiego, sprawnie wykorzystał ewakuowaną z kontynentu kadrę nauczycieli i policjantów, by nauczyć wyspiarzy mówić poprawnym mandaryńskim). Bardziej skomplikowanie - ze wszystkich innych powodów.
Jakkolwiek okrutnie by to nie brzmiało, ostatni ludzie w ogóle nieznający mandaryńskiego wymierają powoli w wioskach Południa. Są to albo ostatni prawdziwi analfabeci, albo osobnicy, którzy chodzili jeszcze do japońskiej szkoły i nie mieli okazji nadrobić nieznajomości „języka państwowego”, gdy Tajwan stał się Republiką Chińską. Z kolei w młodszych pokoleniach nie brak ludzi, dla których mandaryński to prawdziwy język ojczysty, przyswajany w domu. Dla mniej więcej połowy moich tajwańskich znajomych jest to jedyny język, w którym potrafią jednocześnie biegle rozmawiać, pisać i czytać (pozostali równie dobrze mówią w hoklo, o którym wspomnę niżej). W zasadzie dla wszystkich młodych Tajwańczyków, których znam, jest to język pierwszego wyboru w kontaktach towarzyskich na uczelni czy w pracy. Fakt, że któryś ze starszych członków rodziny nie do końca radzi sobie z „językiem państwowym” jest ze wszech miar wstydliwy, zaś wszelkie niezręczności w jego użyciu narażają mówiącego na kpiny. W codziennej mowie wyrażenie „nie rozumieć mandaryńskiego” oznacza tyle, co być tępym. Przekonałem się o tym słuchając rozmów jedenastoletnich knypków, którym dawałem korepetycje z angielskiej gramatyki. Często wyzywali się w ten sposób na przerwach chcąc się nawzajem obrazić, a nigdy nie słyszałem, by porozumiewali się ze sobą w jakimkolwiek innym języku prócz mandaryńskiego (niestety podczas także podczas lekcji angielskiego zdarzało się to rzadko). Kiedy jednemu z nich nie powiodła się próba nakłonienia mnie po angielsku do zamiany ostatniej godziny lekcyjnej na „praying baseball” z kolegami, w przypływie wściekłości prychnął w stronę kolegów : „To straszne! Nasz nauczyciel naprawdę nie rozumie mandaryńskiego! (糟糕! 我們老師真的聽不懂國語!).
Mandaryński jest wspólnym środkiem komunikacji – w przypadku języka pisanego, w zasadzie jedynym dostępnym środkiem komunikacji – dla wszystkich mieszkańców Wyspy, niezależnie od tego, skąd pochodzą ich przodkowie. Mówienie po mandaryńsku jest raczej koniecznością w domu mojej koleżanki Zhijun, której rodzice pochodzą z rodzin używających wzajemnie niezrozumiałych chińskich języków (w rodzinie ojca mówi się północnym hokkieńskim w dialekcie wysp Mazu, w rodzinie mamy – południowym hokkieńskim w „tajwańskim” dialekcie hoklo).
Język ten wyspiarze dzielą jednak nie tylko i nie przede wszystkim sami ze sobą. Jest to wszak urzędowa mowa ich mniej lub bardziej samozwańczych rodaków z Kontynentu. Generalnie można powiedzieć, że jest to sytuacja korzystna dla Tajwańczyków – w dzisiejszym świecie opłaca się być native speakerem „chińskiego”, nie będąc obywatelem Chińskiej Republiki Ludowej. Większość z obcokrajowców, którzy uczą się na Tajwanie, wybrała ten kraj właśnie dlatego, że jest to kraj chińskojęzyczny, to znaczy kraj, w którym używa się mandaryńskiego, a jednocześnie nie jest to ChRL.
Oczywiście po kilkudziesięciu latach izolacji od Kontynentu mandaryński na Tajwanie zdążył się nieco poróżnić z „mową powszechną” gospodarzy tegorocznej olimpiady. Różnice te jednak nadal są zbyt małe, by w jakiś poważniejszy sposób utrudnić komunikację między dwoma stronami Cieśniny – co w odwiecznie podzielonym górami, rzekami i „dialektami” chińskim świecie jest sytuacją naprawdę wyjątkową. Spora część różnic w słownictwie wynika z innych realiów politycznych (np. słowo ‘tongzhi’ oznaczające w ChRL partyjnego „towarzysza” na Tajwanie jest slangowym określeniem homoseksualisty), ekonomicznych (bardzo wiele technicznych terminów powstałych po wojnie brzmi inaczej w obu krajach, bardzo różni się np. słownictwo informatyczne, począwszy od słów ‘komputer’, ‘monitor’, ‘mysz’ itd.) i społecznych (pewne zwroty powszechnie używane w Chinach Ludowych nawet w oficjalnych sytuacjach na Tajwanie uchodzą za poufałe i niegrzeczne).
Do tego dochodzi kwestia wymowy i gramatyki. Od kiedy mandaryński stał się wspólnym językiem całej tak zwanej „sinosfery” Chińczycy z różnych rejonów Azji znaleźli się pod jedną i tą samą sztancą językowej poprawności – czytaj, znaleźli nowy powód by sobie nawzajem dogryzać. Chińczycy z Północy, zwłaszcza ci z Pekinu, narzekają, że mandaryński ludzi z Południa nie jest wystarczająco „standardowy” (biaozhun). Południowcy pocieszają się, że i tak mówią lepiej od Tajwańczyków. Tajwańczykom zostaje już tylko nabijanie się z chińszczyzny mieszkańców Singapuru (prym wiedzie w tym mój były nauczyciel, pan Tao, który chcąc skrytykować zdanie zbudowane przez studenta nazywa je „singapurską chińszczyzną”).
Chyba główną kością niezgody jest wymowa spółgłosek dziąsłowych – mniej więcej odpowiadających polskim głoskom „dż”, „cz”, „sz”. W standardowym mandaryńskim są one bardzo wyraźnie artykułowane, natomiast w mowie Chińczyków z Południa, a więc także Tajwańczyków, zlewają się ze spółgłoskami zębowymi – „dz”, „c”, s”. Jest to zjawisko znane polskiemu językoznawstwu jako „mazurzenie”, zaś samym Polakom jako seplenienie. Dla rodzimych maniaków standardowej chińszyzny to problem czysto estetyczny, bo i tak rozumieją doskonale swych mazurząco - sepleniących rozmówców. Dla uczących się mandaryńskiego cudzoziemców to ostra szkoła przetrwania. Mandaryński ma bardzo ograniczony zasób sylab, i bardzo wiele słów różni się od siebie jedynie tonem, w jakim wypowiedziana jest sylaba – równym, wznoszącym, opadająco-wznoszącym lub opadającym. Dla nieprzyzwyczajonego do wychwytywania różnic tonów europejskiego ucha każda opozycja fonologiczna – różnica w brzmieniu głosek – jest na wagę złota. Przykład najbardziej wymowny:
W standardowej chińszczyźnie liczebnik ‘cztery’ to ‘si’ [sy] w tonie opadającym. Liczebnik ‘dziesięć’ to ‘shi’ [szy] w tonie wznoszącym.
W mazurzącej mowie tajwańskiej ulicy ‘cztery’ to ‘si’ [sy] w tonie opadającym. Liczebnik ‘dziesięć’ to też ‘si’, [sy] tylko że w tonie wznoszącym.
Jeśli podczas wizyty na Tajwanie zobaczycie robiącego zakupy obcokrajowca lub obsługującego go sprzedawcę krzyżującego palce w chińską „dziesiątkę” w pytającym albo upewniającym geście – już wiecie, o co chodzi.
Mam wrażenie, że mazurzenie stało się dla Tajwańczyków po prostu akceptowanym standardem ich ojczystego już przecież języka, i nawet szkoła, tradycyjnie stojąca na straży poprawności mandaryńskiego, dała sobie spokój z korygowaniem tego zjawiska. Tajwańczycy nie szanują Chin Ludowych, więc nie mają specjalnej ochoty naśladować standardowej wymowy pekińskiej – wielu z nich uważa ją za komiczną i niemiłą dla ucha. Ja sam po kilku miesiącach pobytu tutaj zacząłem wymawiać rzeczone głoski o wiele słabiej niż wymaga tego podręcznik, ponieważ odniosłem wrażenie, że robiąc inaczej, zachowuję się mniej więcej równie racjonalnie jak mieszkający w Polsce obcokrajowiec upierający się przy kresowym rozróżnieniu dźwięcznego ‘h’ i bezdźwięcznego ‘ch’ albo scenicznej wymowie ‘ł’. Poza tym nie chcę już usłyszeć od tajpejskiego taksówkarza tekstu w rodzaju:
‘A gdzieześ się naucył takiej standardowej wymowy? Cyzby na kontynencie?’
[Bywa, że moi mazurzący wyspiarscy rozmówcy starają się popisać standardowością wymowy, jednak brak praktyki w rozróżnianiu obydwu szeregów głosek powoduje, że popadają w pułapkę hiperpoprawności – czyli przesadzają w drugą stronę ( w tej chwili pamiętam następujące przykłady – ‘mingzi” – „imię”, wymawiane jak ‘mingzhi’; ‘gaosu gonglu’ – „autostrada”, wymawiane jak ‘gaoshu gonglu’; ‘pusa’ – „bodhisattwa”, wymawiane jak ‘pusha’). ]
III.
W ciągu ośmiu lat rządów „zielonej” koalicji sytuacja językowa Tajwanu uległa dodatkowej komplikacji, ponieważ kolejne rządy Demokratycznej Partii Postępowej w imię realizowania ideałów „lokalizacji” i „tajwanizacji” podniosły rangę języków, z którymi przez 50 lat walczyła administracja Kuomintangu. Obecnie młodzi Tajwańczycy oprócz mandaryńskiego uczą się w szkole tzw. języka ojczystego. W większości wypadków jest to hoklo, czyli dialekt chińskiego języka używanego w południowej prowincji Fujian, skąd wywodzi się prawie trzy czwarte Tajwańczyków. Potocznie nazywa się go „tajwańskim” (taiyu), jednak nazwa ta wydaje się mocno na wyrost – po pierwsze, jest to nadal ojczysta mowa milionów ludzi żyjących na Kontynencie, po drugie, wielu mieszkańców Tajwanu zna ten język słabo albo w ogóle – na czele z Aborygenami, którzy wszak siedzą na Formozie od zarania dziejów i jako jedyni mają bezsprzeczne prawo do nazywania swoich licznych języków „tajwańskimi”.
W Taipei niełatwo usłyszeć „tajwański” na ulicy, co najwyżej w komunikatach nadawanych w metrze albo w lokalach, w których telewizory nastawione są na hoklo-języczną stację telewizyjną. Używany jest raczej w domowym zaciszu, najczęściej przez dziadków, najrzadziej przez wnuków, i ogólnie w różnych dziwnych kombinacjach (w domu niektórych moich znajomych bywa i tak, że rodzice mówią do dzieci w hoklo, a oni odpowiadają im po mandaryńsku). Podczas obchodów chińskiego Nowego Roku na wsi przekonałem się, że aby w pełni uczestniczyć w życiu rodziny takiej jak Liao trzeba przynajmniej biernie hoklo rozumieć – bo zwłaszcza starszym członkom familii z trudem przychodzi mówienie po mandaryńsku bez żadnych wtrętów z tego języka. Dopiero przebywając na Południu można zrozumieć, dlaczego politycy Kuomintangu aby wygrać demokratyczne wybory, musieli zacząć używać hoklo na wiecach. Tam jest to język codziennej komunikacji i publiczne porozumiewanie się nim bynajmniej nie jest „obciachem”, a koniecznością. No, chyba że mowa o miasteczku zamieszkanym przez hakka-języcznych Chińczyków Hakka albo wsi aborygeńskiej – tam hoklo na niewiele się przyda, chyba że chcemy się popisać nieznajomością lingwistycznych realiów Tajwanu.
Hoklo jest jednym z tych języków chińskich, które są najmniej podobne do mandaryńskiego. Posiada niezwykle skomplikowany system tonów, który na dobrą sprawę dyskwalifikuje na starcie większość obcokrajowców chcących go jako tako opanować w dorosłym wieku. W zasadzie nie posiada wersji literackiej i w przekonaniu większości znanych mi Tajwańczyków nie da się w nim pisać ani w ogóle wyrażać jakichś szczególnie abstrakcyjnych myśli – służy on tylko i wyłącznie do codziennej paplaniny albo do manifestowania tajwańskiego patriotyzmu.
Moja znajomość hoklo ogranicza się do zupełnie podstawowych, „survivalowych”, zwrotów grzecznościowych – „dzień dobry”, „dziękuję”, „nie, dziękuję, nie trzeba, najadłem się” itd. Wymowa poszczególnych chińskich znaków w hoklo nieco przypomina tak zwane „chińskie czytania” używane w Japonii (ponieważ w przeciwieństwie do mandaryńskiego zachowała wiele archaicznych cech wymowy z czasów dynastii Tang, a Japończycy uczyli się czytać chińskie znaki właśnie w tamtych czasach – kiedyś, gdy dla żartu przeczytałem na głos jakiś tekst po chińsku w tych japońskich czytaniach, towarzyszący mi Tajwańczycy myśleli, że próbuję go czytać po „tajwańsku”, tylko bez tonów ;-). Mimo tego pozornego ułatwienia szansę na zrozumienie konwersacji w hoklo mam mniej więcej takie, jak student włoskiego z Zimbabwe na zrozumienie podwórkowej portugalszczyzny.
Oprócz wymienionych wyżej zwrotów za zdecydowanie najbardziej przydatne dla obcokrajowca słówko w hoklo uważam wyraz „a-dou-a” (zapisywany na różne sposoby, w czacie internetowym najczęściej widziałem ㄚ兜仔 albo ㄚ兜阿). Dosłownie oznacza to „nosacza” i jest popularnym określeniem białego człowieka – dla Azjatów cechą wyróżniającą naszą rasę bardziej niż kolor skóry czy kształt oczu są właśnie „wysokie”, wydatne nosy. Nie jest to może określenie równie grzeczne, co oficjalny mandaryński ‘waiguoren’ („cudzoziemiec”) albo ‘waiguo pengyou’ („cudzoziemski przyjaciel”), ale z pewnością nie jest też obraźliwe – jak zapewniały mnie tajwańskie koleżanki, często używa się go w jak najbardziej pozytywnych kontekstach. Od kiedy nauczyłem się to słowo rozpoznawać, słyszę je dookoła całkiem często, głównie z ust dzieci i staruszków. Mój amerykański kolega Nick twierdzi, że babcia jego byłej tajwańskiej dziewczyny zawsze mówiła o nim per „ten a-dou-a” twierdząc, że jego imię jest zbyt trudne do wymówienia.
To wszystko powinno uświadomić rezydującemu w Taipei cudzoziemcowi, że znalazł się na południu Tajwanu.
Najwięcej cech południowych mają południowe wsie, na których mało kto chce już mieszkać, za to do których prawie każdy chętnie wraca raz do roku. Wieś tajwańska od polskiej nie różni się aż tak bardzo, jak można by sobie wyobrażać. Wiele budynków to niedawno wybudowane lub przebudowane obszerniejsze kopie miejskich domów z przylegającymi ogródkami, sadami i polami oraz obowiązkowym murem. Jadąc samochodem przez wioskę jedziemy więc wąską uliczką między murami, zza których wystają zupełnie nieatrakcyjne, „kulturowo niespecyficzne” dachy. Gdzieniegdzie widok poprawiają domostwa w tradycyjnym stylu, lokalne kapliczki Boga Ziemi, no i groby, jak to w chińskim świecie bywa nieprzyzwoicie atrakcyjnie wizualnie (zdjęć nie mam, bo miejscowym idea fotografowania nagrobków niespecjalnie przypadła do gustu).
Na zdjeciu za to pola ryżowe
W tygodniach poprzedzających noworoczny wyjazd miałem okazję przeczytać kilka opisów życia i świętowania na wsi tajwańskiej, które w ciągu ostatnich dwóch stuleci sporządzili zainteresowani Formozą zachodni misjonarze i antropologowie. Porównując ich zapiski ze swoimi doświadczeniami, po raz kolejny przekonałem się, że Nowoczesność oznacza Wybór.
W czasach kiedy pisali tamci, życie tajwańskich laobaixing upływało w przewidywalnej przestrzeni wyznaczonej przez pole ryżowe, świątynię i najbliższe miasto z targiem, regulowane przez wszystkie związane z tymi miejscami tradycje, zwyczaje, wierzenia, przesądy itd.. Ludzie, których ja spotkałem, żyją w znacznie bardziej skomplikowanym i niejednoznacznym świecie. Tradycja jest dla nich pewnym punktem oparcia, czymś, czego przeoczyć się nie da i nie powinno, ale poza nią otwiera się cała gama nieznanych poprzednim pokoleniom możliwości zagospodarowania świątecznego czasu. O tym, które z nich wybiorą, decydują sami, bez pomocy bogów i przodków. Zwłaszcza dla najmłodszych mieszkańców tajwańskiej wsi rzeczy takie jak symbolika świątecznych potraw czy porządek noworocznych modłów to dosyć mgliste i z pewnością nie najbardziej istotne składniki obchodów największego święta w roku. Dlatego perspektywa, którą przyjmuję w tym BARDZO SKRÓTOWYM odcinku jest mniej więcej średnią wyciągniętą z tego, czego najwyraźniej oczekuje od noworocznego urlopu dorosły Tajwańczyk, i tego, co zaintrygowało mnie jako zamorskiego obserwatora : )
W dalszej części tekstu przymiotników „chiński” i „tajwański” będę używał zamiennie, ponieważ akurat Nowy Rok jest właśnie takim kontekstem, w którym większość znanych mi wyspiarzy używa słowa „Chińczyk” (Zhongguoren – „człowiek z Kraju Środka”) w odniesieniu do siebie, a nie ludzkiej masy tłoczącej się po drugiej stronie Cieśniny.
1. spotkania
Jedną z najważniejszych funkcji Nowego Roku jest zebranie rodziny w jednym miejscu i upewnienie się, że nadal jest całością i tak powinno zostać. Jak wspomniałem w poprzednim odcinku, podczas gdy Wigilia Nowego Roku to impreza kameralna odbywająca się za zamkniętymi drzwiami mieszkania „atomowej” rodziny, dwa następne dni to czas intensywnych odwiedzin i zbijania się w rodowe gromady.
Pierwszy dzień pierwszego miesiąca księżycowego spędza się w gronie ludzi blisko spokrewnionych, to znaczy pochodzących od wspólnego męskiego przodka pamiętanego jeszcze przez starszych żyjących (pradziadek – dziadek). Ponieważ średnie pokolenie Tajwańczyków to dzieci powojennego baby-boomu, na takich odwiedzinach upływa właściwie cały dzień. W okolicy krewniaków nie brakuje, a nie ma za bardzo możliwości pomieścić wszystkich naraz w jednym domu, nawet tak obszernym jak dom sołtysa Denga. Od czego jednak wynajęty dom kultury …
Nowoczesność dodaje do tej tradycji nowy element. Na całym Tajwanie zdecydowanie najbardziej wszędobylską instytucją (słowo „wszechobecną” nie byłoby tutaj żadną przesadą) są sklepy wielobranżowe sieci 7-Eleven, odpowiedniki japońskich „kombini” (amerykańskich „convenience –stores”). Żelazne zasady funkcjonowania tych przybytków są następujące: 1) asortyment powinien sprawiać wrażenie, że można tu dostać wszystko – od mleka w proszku po butelkę czerwonego wina, od plastikowego miecza świetlnego po smakową prezerwatywę. 2)sklep musi być otwarty ZAWSZE – całą dobę, w każdy dzień tygodnia, w każde święto, podczas tajfunu, trzęsienia ziemi i chińskiej inwazji.
Większość młodszych mieszkańców „rodowego gniazda” rodziny Liao dokłada do domowego budżetu pracując w kilku filiach 7-Eleven w miasteczku Xiluo. Do rytuału noworocznych odwiedzin należy więc doliczyć gromadne jeżdżenie po wyludnionych ulicach tej miejscowości i składanie życzeń uwięzionym w pustawych sklepach kuzynom. W tym roku dodatkową atrakcją tego punktu programu byłem ja. Ponieważ zapracowani kuzyni nie wiedzieli o moim przyjeździe, reszta rodziny postanowiła sobie z nich zażartować, wykorzystując mnie do tego celu. Scenariusz żartu wyglądał jak następuje: najpierw wchodzę do 7-Eleven sam i pytam się o coś po angielsku. Przerażony kuzyn/kuzynka - nie mogąc się w świąteczny dzień znikąd doczekać pomocy - próbuje odgadnąć moją zachciankę, oczywiście nietrafnie. Wtedy ja, udając oburzonego klienta, mówię po mandaryńsku, że nie pozostaje mi nic innego jak przyprowadzić tłumacza. „Tłumaczem” okazuje się kilkunastoosobowa rodzinna ferajna. Wszystko to nagrywane jest oczywiście na ukrytą kamerę. To naprawdę przyjemność tak prostymi środkami sprawić tak wielką radochę tak wielu miłym ludziom : )
Drugi dzień pierwszego miesiąca zarezerwowany jest na „powrót córek”. Kobiety, które jak wiadomo od chwili zaślubin należą do rodu swych mężów, mogą tego dnia wrócić do rodzinnego domu, by oddać honory swym biologicznym rodzicom. Ten niezwykle ważny w dawnych Chinach obyczaj (co tu dużo mówić, dla niejednej żony i synowej najszczęśliwszy dzień w roku) nadal traktowany jest jako ważny symbol tego, co istotne w międzyludzkich relacjach. Rano kilkoro młodszych członków rodziny jeździ po domach ciotek i formalnie zaprasza je na obiad, w zamian dostając słodko - herbaciany poczęstunek. Po południu zamężne kobiety należące do „bliskiej rodziny” spotykają się przy stole w domu, gdzie spędziły dzieciństwo. Zwyczaj ten obejmuje jedynie te kobiety, które mieszkają wystarczająco blisko centrum noworocznych obchodów. Starsza siostra Yunjing, od niedawna zamężna, spędziła ten dzień z nową rodziną w innej części Tajwanu i nie zobaczyliśmy jej podczas Nowego Roku ani razu. Coż, tak to z córkami jest w chińskiej kulturze.
Trzeci dzień Nowego Roku to czas odwiedzin w rodowej świątyni, w której spotyka się ludzi o tym samym nazwisku, ale rzadko widywanych, jeśli nie obcych twarzach. W ten sposób krąg noworocznej wspólnoty osiąga swą maksymalną średnicę. Teraz będzie się już tylko kurczył, w miarę jak kolejni goście odjeżdżają do swych miejskich mieszkań.
2. jedzenie
Jeśli coś jest naprawdę chińskie, musi mieć związek z jedzeniem. Ta najważniejsza obsesja największego narodu świata niepodzielnie panuje również na Tajwanie. Podobnie jak polska wigilijna czy wielkanocna uczta, noworoczny chiński posiłek to pokaz siły rodziny, która go sporządziła i zje. Szczelnie pokrywająca stół seria pieczołowicie przygotowanych potraw ma sprawić wrażenie maksymalnej obfitości i dostatku, a szybkość, z jaką zostaje pochłonięta, świadczy o zdrowiu i witalności domowników.
Mniejszą, ale stałą i ważną część noworocznego menu stanowią potrawy ściśle noworoczne, które jada się głównie, jeśli nie wyłącznie, na święta. Są one przygotowywane według starych receptur (w końcu dzieli się je z przodkami), a ich kształty i nazwy często mają symboliczne znaczenie. Przykładem takiej potrawy jest nian gao – galaretowate bryłki robione z mąki ryżowej i cukru, które najpierw gotuje się na parze, a potem tnie na drobniejsze kawałki, smaży i podaje z sosem sojowym. Nian gao znaczy dosłownie „roczne ciasto”, ale nazwa tej potrawy jest uważana za grę słów – „nian” może również znaczyć tyle co „kleić się, lepić, trzymać razem” a „gao” tyle co „wzrastać, przybywać”. Czy nie wyśmienita prognoza dla rodziny?
Oprócz dobrowróżbnych sześcianów na noworocznym stole nie może zabraknąć makaronu – im dłuższego tym lepszego, bo długi makaron to długie życie – oraz pięciu rodzajów mięsa (wszystkie podstawowe oprócz wołowiny. Wołom dziękuje się w ten sposób za rok ciężkiej pracy w polu). Szczególnie ważne są hurtowe ilości ryby, bo skoro słowo „ryba” (yu) brzmi niemal identycznie jak „zapas, naddatek”, to coś w tym musi być. [Przy okazji chciałbym zwrócić uwagę na fakt, że ta słynąca z „dziwaczności” i „robienia wszystkiego na opak” kultura śmie uznawać mięso ryby za mięso, a nie rybę, czyli coś, co mięsem nie jest : ]
„Tego też spróbuj, to surowa kaczka”
„Nie mów mu, że surowa, nie będzie chciał jeść …”
Za późno, drogie panie, słyszałem, trzeba było to powiedzieć w Hoklo. Ale i tak zjadłem. Z jakichś irracjonalnych przyczyn nie boję się pasożytów, które żerują akurat na kaczkach.
Rodzina Liao hołduje również zwyczajowi jedzenia w drugi noworoczny poranek słodkich ryżowych ciastek z czerwoną fasolą przypominających kształtem żółwie. Słodycz to obietnica wolnego od kłopotów roku, żółw to symbol długiego życia, trudno się więc i temu poczęstunkowi oprzeć. Co ciekawe, według mojej makulatury ten zwyczaj również wydaje się typowy dla rodzin Hakka, chociaż samym zainteresowanym nic o tym nie wiadomo.
Na zdjęciu uchwycony moment przygotowywania stołu przed wieczerzą pierwszego dnia Nowego Roku. Stół nie jest pełny, ale za to idealnie widać nian gao (pierwsze po lewej na dole).
Z europejskiej perspektywy szokujący może się wydać brak odświętnego obrusu czy zastawy. Trzeba jednak pamiętać, że domowe chińskie jedzenie, w przeciwieństwie do tego znanego z wietnamskich restauracji, nie należy do łatwego w spożyciu - wieprzowina jest niemal zawsze z kością, krewetka w pancerzu, małż w muszli, ryba z płetwami i oczami. Wszystkie te rogowate czy inne tkanki lądują prędziej czy później na stole, by nie przeszkadzały w rozkoszowaniu się smakiem, i TO jest chińska idea jedzenia, niezależnie od tego co sądzi o tym Zachód i Japonia.
3. modły
Co prawda przodkowie to nie bóstwa, ale również należy im się ofiara. Będą nią dym kadzideł, świąteczne potrawy i papierowe pieniądze ułatwiające życie w zaświatach. Czy i w jakim stopniu wschodnioazjatycki „kult przodków” jest religią, to naprawdę dobre pytanie. W tej kwestii od XVII w. nie mogli się sobą zgodzić najsłynniejsi zachodni misjonarze, teologowie, filozofowie i religioznawcy, chociaż z wielu przyczyn bardzo im na odpowiedzi zależało – ja już nie chcę się w to mieszać. Współcześni Tajwańczycy w każdym razie mają do tej kwestii podejście bardzo pragmatyczne – skoro my żyjemy i prosperujemy, zawdzięczamy to naszym przodkom. Niezależnie od tego, gdzie i w jakiej postaci teraz bytują (czy w ogóle gdzieś bytują?) nie oddanie im hołdu i nie powiadomienie ich o obecnych losach i planach rodziny to zachowanie nie licujące z godnością człowieka.
Rodzina Liao uczynić to może zarówno na domowym ołtarzu, poświęconym kilku ostatnim pokoleniom antenatów, jak i – co najmniej raz do roku – w imponującej klanowej świątyni, wybudowanej w okolicach Xiluo w latach 30-tych. Przechowywane są w niej tabliczki z pośmiertnymi imionami przedstawicieli 22 pokoleń klanu, którego historia sięga pierwszych lat dynastii Ming. Przez pierwszych kilka wieków historia ta toczyła się oczywiście na chińskiej, nie tajwańskiej ziemi, o czym przypomina chociażby napis nad drzwiami domu Wujka Chodowcy Melonów – jest to artystycznie wykaligrafowana nazwa wsi, w której mieszkał założyciel wyspiarskiej gałęzi klanu Liao. Według informacji wypisanych na ścianie świątyni, przybył on na Formozę gdzieś w XVIII wieku i przywiózł rodzaj rodowego „dekalogu” zasad postępowania, które obejmują między innymi zakaz jedzenia psiny i wołowiny. Jak tłumaczy przodek Liao, wdzięczność za pomoc w gospodarskim trudzie powinna obejmować nie tylko ludzi, ale i bydlęta. No tak, ale czy jadalne psy komukolwiek pomogły w gospodarstwie?
Przodkowie przodkami, nie pomodlić się do bóstw w Nowy Rok również nie wypada – i to jest prawda nie do podważenia. Nieco mniej jasne jest, do kogo (bo o co, to wiadomo zawsze). Liturgiczne kalendarze instytucyjnego buddyzmu i taoizmu dosyć szczegółowo określają, którego dnia i komu jaka ofiara się należy, ale nie odniosłem wrażenia, żeby te skrupulatne teologiczne ustalenia specjalnie obchodziły świętujących domowników. W przypadku rodziny, o której piszę, czynnikiem komplikującym jest fakt, że żona Wujka Chodowcy Melonów uważa się za chrześcijankę - chrześcijankę niezależną, tzn. gorliwą czytelniczkę Pisma Św., bez wyraźnej przynależności kościelnej. Wychodząc z założenia, iż Biblia wyraźnie zakazuje jej oddawania czci posągom bóstw, niezbyt chętnie bierze ona udział w noworocznych obrzędach w świątyni. Z drugiej strony, nie potępia nikogo z rodziny, kto się tam wybiera, gdyż według jej rozumienia Pismo nie twierdzi, że są to bogowie fałszywi, a jedynie, iż mają nieskończenie mniejsze znaczenie niż Bóg, do którego ona się modli.
Członkowie rodziny pozostający wierni tradycyjnemu chińskiemu religijnemu światopoglądowi za najważniejszego adresata noworocznych modłów uznają tego boga, który akurat jest najbliżej. W przypadku okolic Xiluo będzie to Mazu (Święta Matka Niebios) ze świątyni Fengtian, w dalszej kolejności wybawiciel uwięzionych w piekle dusz, bodhisattwa Dizang (do którego świątyni i tak nie zdążyliśmy wejść), a nawet dosyć elitarny „bóg humanistyki”, Wenchang Dijun, niegdyś czczony wraz z Konfucjuszem przez tajwańskich mandarynów, obecnie niepokojony w zabytkowym pawilonie przez niespokojną o wyniki egzaminów młodzież szkolną.
Na zdjeciu widok ze swiatyni Fengtian w 3 dzień Nowego Roku
Z tym ostatnim bogiem udało mi się nawet porozmawiać – według najbardziej tradycyjnego z możliwych rytuałów, czyli rzucając wróżebne bloki, nazywane na Tajwanie bwa-bwey.
Stosując się do instrukcji przekazanych przez mamę Yunjing, zanim upuściłem na ziemię odpowiednio przygotowane drewniane klocki przedstawiłem się bogu swym chińskim imieniem i nazwiskiem, i spytałem, czy będzie mnie otaczał opieką w pracy uczonego.
Pierwsza odpowiedź odczytana ze świątynnej podłogi była rzeczywiście znamienna – „bóg się z ciebie śmieje”.
„To dlatego, że nie wierzysz, spróbuj potraktować to poważnie!”.
Kto jak kto, ale Wenchang Dijun, jedyny bóg cieszący się zaufaniem wychowanych na konfucjańskich filozofach agnostycznych mandarynów, powinien być cierpliwy w takich przypadkach. No i rzeczywiście: za drugim razem odpowiedź okazała się pozytywna. Również i za trzecim, gdy pytałem się o potwierdzenie. Ponieważ dalsze zadawanie pytań mogłoby zostać poczytane przez niebiańskiego patrona wykształciuchów za nachalność, pośpiesznie opuściłem świątynię ściskając w garści podarowany przez opiekuna przybytku amulet – symbol otrzymanej obietnicy. To jedyny tego rodzaju przedmiot, jaki kiedykolwiek zabrałem ze świątyni do domu.
Na zdjęciu widoki ze świątyni klanowej rodu Liao. Jak głosi napis - rodu Hakka Zhang-Liao. A jednak! Faktycznie jednak w rodzinie Liao niewiele zostało z tych korzeni oprócz mglistej świadomości, że któryś z odległych przodków mówił w dialekcie Hakka i przekazał kilka typowych dla tej społeczności zwyczajów
4. śpiewy
W tajwańskiej rodzinie śpiewać każdy może. Naprawdę. Nawet, jeśli zgodzimy się, że zestaw do karaoke pomaga zaretuszować pełne wykonawcze niedociągnięcia, ogólny poziom jest i tak imponujący. Świętujący Tajwańczycy, przynajmniej ci, których ja poznałem, nie wyobrażają sobie wspólnego noworocznego wieczoru bez mikrofonu i niekończących się serii wokalnych popisów (no, czasem sobie też po prostu śpiewają). Ponieważ każdy doskonale wie, jaką piosenkę wybrać, żeby zabrzmieć dobrze, takiego rodzinnego recitalu słucha się naprawdę z przyjemnością. Zwłaszcza, że tradycyjne chińskie i japońskie melodie (większość starych piosenek tajwańskich to ballady japońskie z tekstem napisanym w Hoklo) potrafią chwycić za serce. Co ciekawe, mimo wesołej okazji, wszyscy z upodobaniem wybierają utwory dramatyczne, opowiadające o bezpowrotnie utraconej miłości, rozstaniu na zawsze, kolejnych latach upływających w samotności … trudno powiedzieć, ilu ze śpiewających ma za sobą takie przeżycia, tym niemniej właśnie w takim repertuarze Tajwańczycy najbardziej lubią demonstrować umiejętność wkładania emocji w śpiew.
5. gry i zabawy
Mahjongg już chyba odchodzi do lamusa. Mocno trzymają się gry karciane (bądź co bądź chiński wynalazek) i zręcznościowe w rodzaju bierek. Najmłodszych pochłaniają gry sieciowe, nieco starszych – koszykówka i badminton. Czyli znowu nic, co bym szczególnie potrafił, ale i tak było fajnie (zresztą i tak zawsze można powiedzieć, że u nas w kraju nikt nie wie, co to jest, więc nie miałem okazji się nauczyć. To są tak zwane „białe kłamstwa”, a raczej kłamstewka, kto ich nie używa, niech sam pierwszy rzuca … ).
6. telewizja
Odgrywa zdecydowanie mniejszą rolę w świątecznym pejzażu niż w Polsce. W sumie nie miałbym nic przeciwko, gdybyśmy oglądali nieco więcej TV, bo nie mam po temu wiele okazji na co dzień.
Program świąteczny to przede wszystkim śpiewana, tańczona i rymowana rozrywka (bardzo popularne są tradycyjne rymowanki związane z zodiakalnym szczurem). Na ekranie królują śpiewający aktorzy, tańczący piosenkarze i etatowi telewizyjni wesołkowie (wiem, jestem złośliwy, bo nie zrozumiałem większości dowcipów. Ale skecz o chińskim człowieku z rentgenem w oczach mi się podobał. Kiedyś opowiem). Skacząc z kanału na kanał można było natknąć się m.in. również na mnicha wykładającego na kanale religijnym Sutrę Awatamsakę i kandydata Kuomintangu na prezydenta ściskającego dłonie i przyjmującego naręcza kwiatów. O jego rywalu niewiele się w czasie świąt dowiedziałem, no ale przecież wiadomo, która partia trzyma na wyspie kasę, no nie?
Taipei w wieczór wigilii pierwszego dnia Nowego Roku księżycowego to naprawdę niezwykły widok. Nawet na najbardziej zapchanych zazwyczaj ulicach samochodów i ludzi widać niewiele więcej niż podczas nadchodzącego tajfunu. Prawie wszystkie bramy są pozamykane, niemal wszystkie okna zasłonięte. Z tych domowych fortec dobiega gwar wesołych rozmów, muzyka, śpiew i inne „biesiadne” odgłosy, od czasu do czasu przerywane próbnymi salwami petard na zamkniętych podwórkach – naprawdę ogłuszająco głośnymi. Sklepy, kramy, stoiska i lokale, o których sądziło się, że są otwarte zawsze, teraz są opuszczone i zaryglowane i straszą przechodniów swymi rzadko widywanymi obskurnymi blaszanymi „roletami”. Większość przechodniów, na których można natknąć się tego wieczoru w podtopionym nieustającą ulewą mieście, to i tak cudzoziemcy: białe, rzadziej ciemnoskóre, twarze, rozglądające się nerwowo w poszukiwaniu jakiegoś schronienia przed lejącą się z nieba wodą i pełzającym chłodem. Z marzeniami o misce ciepłej zupy z pierożkami zdążyli się już rozstać. W ostatni wieczór starego roku dobrze zjedzą tutaj tylko ci, którzy mają swoje rodziny.
W następnych dniach chińska ludność wychodzi na ulice i święto nabiera „publicznego” rozmachu - aż do kulminacji w postaci Święta Latarni piętnastego dnia pierwszego miesiąca. Całe dwa tygodnie pełne wybuchających petard, rozświetlających niebo fajerwerków, dymiących bezustannie kadzideł, dzikiego bicia w gongi, płonących i ulatujących w niebo latarni z ryżowego papieru, tańczących smoków i lwów, wszechobecnej świątecznej czerwieni i haftowanych złotymi nićmi dobro-wróżbnych znaków.
Chiński Nowy Rok to święto w założeniu hałaśliwe, jaskrawe i ruchliwe – im bardziej, tym lepiej. Dlaczego? Na to pytanie istnieją co najmniej dwie odpowiedzi – jedna przeznaczona dla intelektualistów, druga raczej dla plebsu : )
Odpowiedź dla intelektualistów: jak głosi chińska mądrość, cały wszechświat trwa dzięki współdziałaniu dwóch uzupełniających się sił, zwanych yang i yin. Yang kojarzy się między innymi z aktywnością, ciepłem, suchością i jasnością. Yin – z odpoczynkiem, chłodem, wilgocią i ciemnością. Obydwie z tych sił są równie konieczne dla prawidłowego funkcjonowania naszego świata. Problemy zaczynają się dopiero, gdy zaburzone są proporcje między nimi. Tak właśnie dzieje się w zimie, gdy przewagę w naturze zdobywa pierwiastek yin, skazując ludzi na bezczynność krótkich, chłodnych i mokrych dni. Począwszy od przesilenia zimowego, natura zaczyna wyrównywać zachwianą równowagę pierwiastków, jednak w obliczu potencjalnej kosmicznej katastrofy człowiek też nie może pozostać bezczynny. Fajerwerki, latarnie i gongi wytwarzają energię, blask i ciepło, które pomagają naturze zregenerować ubytki pierwiastka yang. Od tej pory będzie on stopniowo zdobywał przewagę, aż do momentu, gdy w środku upalnego lata trzeba będzie z kolei przeprosić się z yin ….
Odpowiedź dla plebsu: jak głosi chiński mit przerobiony na legendę, od zarania dziejów największym wrogiem naszego gatunku był ludożerczy potwór o imieniu Rok („Nian”). Przez zdecydowaną większość dni w roku spał on ukryty w górach, na dnie morza lub w innym nie-ludzkim miejscu. Budził się z zadziwiającą regularnością pod koniec każdego roku księżycowego, by stołować się w ludzkich osadach. Ponieważ jadał szybko i dużo, gdyby pozwolono mu kontynuować ten proceder, z cywilizacją i kulturą byłoby krucho. Na szczęście dzielni przodkowie za radą mądrego starca opracowali skuteczny patent na odstraszanie potwora – dużo hałasu, dużo świateł, dużo zamieszania. Według jednej wersji opowieści potwór został w ten sposób raz na zawsze pokonany, według innej, popularniejszej wśród rodziców niegrzecznych dzieci, jego ponowne pojawienie się jest jak najbardziej aktualną groźbą, którą należy zażegnać poprzez aktywny udział w noworocznych obchodach.
Obydwa te wytłumaczenia są tak naprawdę dwoma wariantami tej samej historii, którą zna chyba każda tradycyjnie rolnicza społeczność na Ziemi – końcówka starego roku to okres kryzysu, stopniowego rozkładu i obumierania świata, zagrożenia dla jego trwania. Początek nowego roku to czas stopniowego odbudowywania zagrożonej równowagi, zwycięstwa życia nad śmiercią, porządku nad chaosem, światła słonecznego nad ciemnościami itd. Od przesilenia zimowego aż do pierwszej wiosennej pełni księżyca świat „odtwarza się”, a człowiek pomaga mu w tym, jak potrafi. W chrześcijańskiej kulturze na tę kosmiczną odnowę patrzy się jak na dzieło Zbawiciela (od Bożego Narodzenia do Wielkiej Niedzieli). Chińczycy z jednej strony ufają Naturze, a jednocześnie jako jej część biorą też sprawy w swoje ręce, ogniem, dymem i hałasem chcą pomóc światu wskoczyć z powrotem na właściwe tory.
II.
Wigilia Nowego Roku to święto, które Chińczycy obchodzą w gronie swych „atomowych” rodzin – domowników, ewentualnie mieszkających w pobliżu bliskich krewnych. Obcokrajowiec może się znaleźć wtedy przy chińskim stole jedynie jako członek rodziny (a więc to jeszcze nie ta edycja livejournala hehe). Swą wigilijną kolacją rodzina dzieli się z przodkami, składając ofiary na domowym ołtarzu oraz zostawiając dla nich symboliczne puste miejsce przy stole [ten szczegół podaję na wypadek gdyby ktoś pomyślał że przesadzam z analogiami z Bożym Narodzeniem itd. :) ]. Ostatni dzień starego roku jest ostatnim momentem, by przygotować jedzenie na kilka następnych dni, gruntownie wysprzątać dom, oddać i odebrać długi oraz podjąć ważne życiowe decyzje. W Nowy Rok trzeba wejść będąc możliwie czystym, skupionym i wolnym od trosk oraz złych myśli. Im lepszy początek roku, tym lepsze jego rozwinięcie.
Pierwsze dni Nowego Roku to z kolei okazja do rodzinnych, a może już raczej „rodowych” odwiedzin i spotkań. Tak jak wspominałem w poprzednim odcinku, dla wielu rodzin z Taipei oraz innych większych miast oznacza to wyjazd na południe – do opuszczonych „gniazd”, z reguły położonych w swojskiej okolicy, często zamieszkanych głównie przez starszych członków rodu.
Rodzina Liao, z którą spędziłem Nowy Rok, pochodzi z okolic Xiluo, niewielkiego miasteczka położonego niedaleko zwrotnika Raka. Przejazd samochodem ze stolicy do wioski Zhao An, w której większość mieszkańców nazywa się Liao i nie jest to przypadek, zajmuje około 5 godzin przy świątecznym ruchu. W czasie Nowego Roku o wjeździe na autostradę nie ma co marzyć kierowca, który nie zabrał ze sobą co najmniej dwóch pasażerów. W naszym przypadku kwota została wyrobiona – Yunjing, której zawdzięczam zaproszenie na Nowy Rok, jej rodzice, młodsza siostra, no i ja.
Wyruszyliśmy z Taipei bladym świtem, by uniknąć dzikich korków na drogach. Wyjazd opóźnił się o kilkadziesiąt minut, ponieważ mama Yunjing bladym świtem zdecydowała się wspiąć na górę i pomodlić się do bóstw zamieszkujących przyrodę – jest to pierwsza z serii noworocznych wizyt, które mają przypieczętować pomyślne rozpoczęcie nowego okresu w życiu. Ten sposób przywitania Nowego Roku jest szczególnie często praktykowany wśród Chińczyków Hakka – grupy ludności nazywanej niekiedy „chińskimi Żydami”, z uwagi na odróżniające ich od reszty Chińczyków zwyczaje oraz poczucie odmienności i wzajemnej solidarności. Rodzina Liao zupełnie nie uważa się za Hakka, ale jak się później miało okazać, coś jednak jest na rzeczy …
Jadąc z Taipei do Xiluo i okolic mija się Lugang, miasto, o którym wspomniałem w poprzednim odcinku journala. Rodzice Yunjing zdecydowali się tam zatrzymać, by odwiedzić świątynię Cesarzowej Niebios i oddać cześć Mazu, tajwańskiej „Madonnie”. W taoistycznym kalendarzu pierwszy dzień Nowego Roku to święto boga nazywanego Niebiańskim Czcigodnym Prapoczątku (Yuan Shi Tian Zun), którego przedstawia się jako twórcę świata i uosobienie jego niezmiennego porządku. Niby idealne bóstwo do uczczenia w Nowy Rok - a jednak zdecydowana większość wyspiarzy w ten pierwszy świąteczny dzień myśli przede wszystkim o Mazu, Niebiańskiej Matce.
Tłok w lugangskiej świątyni i otaczających ją uliczkach był po prostu ekstremalny. Byłem chyba jedynym białym człowiekiem w polu widzenia. W tych dniach turyści trzymają się od znanych świątyń z dala, a mieszkający w ich pobliżu obcokrajowcy z reguły przeczekują ludzką nawałę w domach lub za granicą. Na swoim japońskim livejournalu przy okazji opisu shintoickiego święta napisałem kiedyś następujące słowa:
„To, ze udalo mi sie przecisnac przez klebiacy sie przy straganach tlum, zawdzieczam tylko tej okolicznosci, ze byl to tlum Japonczykow. Oni po prostu umieja sie usuwac tak zeby nikomu nie zrobic krzywdy, nawet kiedy wydaje sie to niemożliwe”
Otóż teraz dopiero mogę być pewien, że uwieńczone powodzeniem przeciśniecie zawdzięczałem tej właśnie okoliczności, że był to tłum Japończyków. Świąteczny tłum tajwański tych nadzwyczajnych zdolności nie posiada. Jest chronicznie niezorganizowany, niezdyscyplinowany, nie wytwarza żadnych trwałych struktur. Przede wszystkim niezwykle łatwo się korkuje: na skutek zderzenia drobnych wewnętrznych ludzkich prądów, kaprysów pojedynczych dzieci bądź staruszków, lub też pojawienia się w polu widzenia straganu ze smakowitą ośmiornicą na patyku albo lokalną wersją hot doga.
Po przybyciu do Xiluo zaczęła się karuzela odwiedzin. Tego dnia poznałem właściwie całą ponad 20-osobową rodzinę, która miała ze sobą spędzić pierwsze cztery dni Nowego Roku. W poprzednim odcinku wyraziłem nadzieję spotkania z typowymi tajwańskimi „laobaixing” (ludźmi z prowincji, rolnikami). Cóż, rodzina Liao z okolic Xiluo nie jest rodziną typową, cokolwiek by to miało znaczyć. Jeden z wujków Yunjing jest profesjonalnym kaligrafem, który zarabia na życie projektowaniem ozdobnych napisów na szyldach, billboardach i etykietach (sos sojowy Wuenn Chuang z kaligrafią jego autorstwa jest towarem eksportowym). Jego kunszt doczekał się oficjalnego uznania ze strony samego prezydenta Chena – wchodzących do domu Wujka Kaligrafa wita pokaźnych rozmiarów zdjęcie przedstawiające głowę rodziny i głowę Republiki pochylonych wspólnie nad arkuszem papieru z pędzlami w garści. Oczywiście codzienny warsztat pracy współczesnego kaligrafa „przemysłowego” to żadne jedwabie, tusze i kamienie do rozcierania sadzy, ale dwa wypasione pecety z oprogramowaniem, którego nawet nie będę próbował opisywać i bardzo profesjonalny skaner - by wymienić tylko te najbardziej rzucające się w oczy elementy wystroju pracowni.
Jedynie na swych rękach Wujek Kaligraf polega wtedy, gdy tworzy na potrzeby rodu Liao - inskrypcje w świątyni rodowej (o której będzie w dalszej części odcinka) albo duilian, czyli ozdabiające wejście do domu noworoczne kuplety, wypisane na paskach czerwonego papieru. Najczęściej są to napisane klasyczną chińszczyzną ustalone formuły, życzące domownikom szczęścia, zdrowia i dostatku oraz wyrażające radość z przybycia wiosny i nadejścia nowego roku.
Z domu Wujka Kaligrafa udaliśmy się do domu Wujka Chodowcy Melonów, w którego przestronnym domu mieszkałem przez następnych kilka dni. Dom Wujka Chodowcy Melonów został zbudowany przez pradziadka Yunjing według bardzo tradycyjnych wzorców – jest to jednopiętrowy murowany budynek z główną izbą (w której mieści się ołtarz przodków) zorientowaną na południe, pomieszczeniami gospodarczymi po obu stronach i pokojami mieszkalnymi pośrodku. Na podwórzu w miejscu, gdzie dawniej znajdował się piec, obecnie parkuje się samochód. Na szczęście wielki żelazny kocioł do gotowania zainstalowany pod okapem pozostał na swoim miejscu.
A oto świątecznie wystrojony ołtarz poświęcony bogom (dokładnie: bodhisattwie Guan Yin oraz kilku bóstwom taoistycznym) oraz przodkom:
W każdym pokoju mieszkalnym znajduje się wysokie podwyższenie do spania i proste półki przeznaczone na kołdry i poduszki. Oraz oczywiście klimatyzator.
Wujek Chodowca Melonów mimo mylącego zawodu również nie jest typowym laobaixing – tacy bowiem nie malują tego rodzaju obrazów:
Oprócz wujków w wiosce mieszkają jeszcze między innymi dwie ciotki, z który jedna wyszła za sołtysa o nazwisku Deng. W mieszkaniu tej ciotki, jak przystało na dom sołtysa, znajduje się imponujący zestaw „domowego karaoke”, które (stety-nietstety) również pojawi się w dalszej części narracji : )
c.d.n.
Już niedługo opuszczę zalewane deszczem i wyludniające się z dnia na dzień Taipei, by towarzyszyć jednej z tajwańskich rodzin w corocznym rytuale świętowania z krewnymi. W przypadku mieszkańców stolicy oznacza to niemal zawsze podróż w stronę Zwrotnika – na wiejski, mniej zmieniony przez nowoczesność Tajwan. Dla mnie pierwsze dni Roku Szczura będą więc okazją do pierwszego bliższego spotkania z południowymi laobaixing (dosłownie „starsi sto nazwisk” – poufałe określenie prostych ludzi z prowincji zachowujących tradycyjne zwyczaje). Wstyd przyznać, ale do tej pory moje kontakty z nimi oscylowały głównie wokół pytania o najbliższy przystanek autobusowy z którego można odjechać na północ oraz fraz w rodzaju „nie, nie jestem z Ameryki”, „nie, nie boję się tego skosztować” itd.
Cóż, jeśli ja i mój żołądek przeżyjemy, by to opowiedzieć, relacja na pewno pojawi się na tej stronie.
Resztę odcinka chciałbym poświęcić na komentarze do galerii (link w poprzednim odcinku), które powinny uprzyjemnić ich przeglądanie :). Ponieważ większość zdjęć nadal nie jest podpisanych (są za to ponumerowane dla wygody), proszę pytać o wszystko, co wydaje się na nich ciekawe czy niezrozumiałe – chętnie odpowiem.
SHI TOU SHAN – Szlak 11 Świątyń
Shitoushan to po chińsku Góra Lwia Głowa. Chińczykom wszystko w naturze kojarzy się z jakimiś mitologicznymi albo (rzadziej) podwórkowymi stworami. W tym wypadku kształt zalesionej góry komuś wydał się podobny do lwiego łba, pisząc dokładniej – podobny do łba zwierzęcia, które Chińczycy wyobrażali sobie jako lwa, bo przecież prawdziwego lwa w epoce przed ogrodami zoologicznymi raczej się w chińskim świecie nie uświadczyło.
Góra Lwia Głowa to kolejna z serii świętych gór Wschodniej Azji, na którą wszedłem swoimi ubłoconymi buciorami. Pierwsza, którą „nawiedziłem” z aparatem. Jednocześnie jedna z najmłodszych stażem. Przed 1900 rokiem była to po prostu dzika góra, pełna drzew, skał i wodospadów. Nimb „świętości”, który nadają jej liczne świątynie, klasztory i kapliczki narósł dopiero w czasie rządów japońskich (Japończycy znacznie rozbudowali sakralną „infrastrukturę” tego miejsca) i utrzymał z powodzeniem do dzisiaj, dzięki zaangażowaniu mnichów przybyłych po wojnie z Kontynentu. Obecnie jest to jedno ważniejszych buddyjskich centrów kultowych na Tajwanie, cel licznych pielgrzymek, ale również i turystycznych wypraw.
Wędrując po górze nie raz i nie dwa można natknąć się na przykłady religijnego kiczu – jak chociażby krzykliwe posążki proszącego o jałmużnę mnicha [03], strzegących świątyni „niebiańskich królów” [04], czy też niezbyt udana podobizna bodhisattwy Guan(Shi)Yin (Wysłuchującej Głosu Świata) [30] . Są też jednak perełki architektoniczne, jak np. „barokowa” (tak twierdzi lokalny folder turystyczny) grota, której konstrukcja ma podobno współgrać z refleksami zachodzącego słońca [16-17], albo ciągnący się u podnóża góry kompleks świątynny Quanhua [33 i dalej]. Nawet po kilku godzinach wędrówki po świątynnym szlaku jego widoczne z daleka „smocze” dachy robią naprawdę duże wrażenie.
W położonych wyżej klasztorach panuje raczej surowa, kontemplacyjna atmosfera; mieszkający tam mnisi i mniszki nie są pustelnikami, ale można o nich powiedzieć, że żyją w pewnym oddaleniu od „pyłu doczesności” (wyżej już samochodem zajechać się nie da :). Leżąca niedaleko międzymiastowej drogi Quanhua to miejsce dosyć podobne do miejskich świątyń Tajwanu – barwne, ruchliwe i familijne skupisko buddów i bodhisattwów przemieszanych z taoistycznymi bogami oraz ich pobożnych czcicieli.
Napis na tabliczce na zdjęciu 11 głosi, iż jeśli gotowane w przydrożnym garnku danie z czerwonym makaronem w roli głównej nie będzie smakować klientowi, nie musi on za nie płacić.
LUGANG – żywe muzeum Tajwanu?
Historia Lugangu – niewielkiego miasteczka na środkowo-zachodnim wybrzeżu Formozy - wydaje mi się osobiście bardzo ciekawa. W XVII wieku była to jedna z trzech największych aglomeracji na wyspie (obok uważanego za stolicę Tainanu i Wanhua, dzisiejszego Taipei), spory i liczący się w rejonie port oraz ośrodek handlowy. W pierwszych dekadach następnego stulecia okazało się, że muł naniesiony z Cieśniny uniemożliwia statkom większego kalibru przybijanie do portu. Podczas gdy prosperity miasta z roku na rok grzęzła w szlamie, konserwatywni mieszkańcy odrzucili projekt doprowadzenia do Lugangu nitki kolei żelaznej. Ówcześni Chińczycy mieli kolei wiele do zarzucenia: według popularnych poglądów miała ona zaburzać przepływ życiodajnej energii w przyrodzie, zakłócać spokój przodków spoczywających w grobach oraz budzić śpiące w górach smoki. Zarządcy Lugangu uratowali swe smoki, przodków i niezakłócony przepływ energii przed zgubnym wpływem cywilizacji. W ten sposób skazali swoje miasto na ponad sto lat prowincjonalnej drzemki i zapomnienia, z której przebudziło się ono dopiero niedawno – już jako tzw. miasto turystyczne. Sto lat drzemki na uboczu nie przysłużyło się kieszeniom mieszkańców, ale za to pozwoliło zachować w bardzo dobrym stanie starówkę z czasów dynastii mandżurskiej, kilka najstarszych na Tajwanie czynnych świątyń oraz tradycyjne rzemiosła przekazywane z mistrza na ucznia. W Lugangu mieszkają najbardziej znani na wyspie rzemieślnicy/artyści tworzący lampiony, wachlarze, rzeźby w drewnie i cynie – niektórzy z nich dumnie noszą nadane przez rząd tytuły „żyjących skarbów narodowych”.
Oczywiście nie wszystko, co stare, jest piękne – większość z ciasnych i krętych uliczek starego Lugangu trudno uznać za specjalnie fotogeniczne. Co więcej, jedną z najbardziej szkaradnych budowli, które miałem okazję w życiu widzieć, zobaczyłem właśnie tam [zdjęcie 51] – jest to cudo godne osiedla w Białomorsku!. Poszukiwaczom „baśniowego orientu” Lugang może więc wydać się niewystarczająco atrakcyjny. Dla tych, którzy szukają orientu prawdziwego – miasto jak najbardziej godne uwagi, choć raczej poza główną turystyczną promenadą, na której kupieckie domy sprzed dwustu lat naśladują pamiątkarskie stoiska z tandetą, a pamiątkarskie stoiska z tandetą udają kupieckie domy sprzed dwustu lat.
Podpisy do niektórych mniej zrozumiałych zdjęć:
10 – (odnowiony) napis po chińsku i mandżursku nakazywał cesarskim urzędnikom, by zsiedli z konia lub powozu przed wejściem do świątyni
20 - „wole języki”, popularne w tej części Tajwanu słodycze
21- wnętrze sklepu, którego właściciele bezczelnie używają zabytkowego XIX-wiecznego łóżka do palenia opium jako lady (na dodatek nie życzą sobie, by robić mu zdjęcia)
24 – 37 – sceny z TianHouGong, jednej z najważniejszych świątyń na Tajwanie, związanej z kultem Mazu. W chińskiej mitologii Mazu to ubóstwiona po śmierci córka rybaka z prowincji Fujian, uznana za nadprzyrodzoną opiekunkę ludzi żeglujących po morzu. W całym obszarze Morza Południowo-Chińskiego jest ona jednak od dawna uważana za kogoś znacznie więcej – „Cesarzową Niebios”, „Matkę”, „Babkę” – jednym słowem, najważniejsze żeńskie bóstwo, do którego można zwrócić się o pomoc i opiekę w właściwie każdej życiowej sprawie. Podobnie jak sanktuaria maryjne w Europie, tajwańskie świątynie Mazu przyciągają najwięcej zorganizowanych i osobistych pielgrzymek. Kult tej bogini jest bardziej powszechny i szczery niż cześć oddawana bóstwom o „wyższej” randze w panteonie, np. tym odpowiedzialnym za uformowanie się i harmonijne trwanie wszechświata.
38 – studnia wyrastająca z muru domostwa bogatej (do XIX w.) rodziny Wangów. W ten sposób żyjąca w dostatku familia dzieliła się swoją wodą z biedakami.
39 – widok na półki legendarnej lugang-skiej ciastkarni YuZhenZhai. Jej wyroby są przyrządzane według receptur wywodzących się z czasów mandżurskich, noszą typowo chińskie bombastyczne nazwy w stylu „Oczy Feniksa”, „Księżyc w Pełni” itd., i generalnie nie powinny rozczarować nikogo, kto gustuje w chińskich słodyczach (podstawową różnicą z naszymi jest to, że do ich przygotowania nie używa się mleka ani jego pochodnych, tym bardziej czekolady. Efekt „słodkości” tworzy słodzone cukrem z trzciny ciasto, sezam, orzeszki ziemne, bakalie itd.)
O resztę proszę pytać : )
ZHANGHUA – miasto znane z …
Licząca 230 tys. mieszkańców Zhanghua (częściej pisane jako Changhua lub Jhanghua) leży mniej więcej w „południkowej” połowie wyspy. To jedno z pierwszych - licząc od północy -większych miast, gdzie na ulicy dialekt Hoklo zaczyna dominować nad urzędowym mandaryńskim.
Jest to idealny wręcz cel jednodniowej wycieczki dla każdego, kto podróżuje po Tajwanie. Do atrakcji Zhanghua należą:
Wspaniale zachowana świątynia Konfucjusza, wybudowana w czasach, gdy rządzone przez Mandżurów Chiny przeżywały ostatnie lata swej imperialnej potęgi [1-15].
Park na Górze Ośmiu Trygramów [16-20]. Może miałem szczęście, ale tak przyjemnie wyludnionego „terenu zielonego” w tajwańskim mieście nigdzie indziej nie miałem okazji odwiedzić.
22-metrowy Wielki Budda ze zbrojonego betonu [21-43]. Mimo przyciężkiego surowca, rzeźba (zwłaszcza wyraz twarzy) jak najbardziej mieści się w kanonach buddyjskiej sztuki, chyba dosyć przekonująco wyraża ideał Wyzwolenia. Dla poszukiwaczy mniej ambitnych celów zostaje wejście do środka posągu - już z wysokości jego karku rozciąga się bardzo sympatyczna panorama na miasto i kłopotliwą Cieśninę w oddali.
Elektryczne piekło w świątyni NanTianGong [44-48]: mam wrażenie, że to atrakcja odkryta dla Europy przeze mnie : ). Częściowo jest to lokalna wersja tandetnych „tunelów grozy”, dla której inspiracja wyszła zapewne z amerykańskich wesołych miasteczek. Jednocześnie jest to bardzo sugestywna, poglądowa i wyczerpująca lekcja na temat tradycyjnych chińskich wyobrażeń zaświatów. Przedstawia ona dramat pośmiertnego sądu, kary oraz sposobów wyzwolenia od niej, który przez wieki rozgrywał się w wyobraźni Chińczyków, a i dzisiaj przez wielu traktowany jest jak najbardziej poważnie - o czym świadczy chociażby fakt zbudowania takiego nietypowego przybytku przy świątyni.
O reszcie wspomnę innym razem, po powrocie z noworocznej eskapady : )
To taka mikroskopijna rekompensata za wszystkie azjatyckie widoki egoistycznie wessane do wnętrza własnej głowy :)
W przyszłości dodam podpisy pod niektórymi mniej oczywistymi zdjęciami i zamieszczę więcej galerii.
Proszę o wyrozumiałość w kwestii techniki fotografowania - ciągle nie mogę się przyzwyczaić do podróżowania z aparatem, a na dodatek pełne politowania i zgorszenia spojrzenia mnichów oraz kapłanów w fotografowanych świątyniach (bo nawet kilku taoistycznych bogów złapałem w kadrze) dziurkują moje serce niczym igły do akupunktury. Czego się jednak nie robi dla popularyzacji Orientu : ) :)
Zastanawiając się nad przyczynami tej zmiany, doszedłem do wniosku, że po prostu lokalna, tajwańska polityka jest o wiele bardziej zajmująca od japońskiej. Nawet jako cudzoziemiec mogę się aktualnym wydarzeniom przyglądać ze względnym zrozumieniem i nie potrzebne są przy tym podpórki do powiek. A ponieważ mieszkam w centrum stolicy, bywa i tak, że wyspiarska historia najnowsza dzieje się niemal po sąsiedzku – jak w przypadku kontrowersyjnej zmiany napisu na frontonie bramy wiodącej do „mauzoleum” CKS i towarzyszących temu demonstracji (kiedyś może wrócę do tego skomplikowanego tematu).
Być może właśnie na moich oczach Tajwan zaczyna upodobniać się do Japonii i prędzej czy później stanie się krajem, w którym przepychanki między politycznymi partiami (a raczej jedną dużą partią i rozdrobnioną opozycją) przestaną obchodzić nawet wielu członków rzeczonych partii, o zwykłych obywatelach nie wspominając. Atmosferę ogólnej obojętności i nudy będą zaś jedynie od czasu do czasu przełamywać wypowiedzi barwnych i kontrowersyjnych postaci (taką był bez wątpienia japoński premier Koizumi) oraz debaty publiczne na tematy, które albo obchodzą wszystkich (np. prywatyzacja poczty) albo angażują głośnych ludzi o skrajnych poglądach (np. współpraca wojskowa z USA).
Na razie tajwańska scena polityczna to ciągle jeszcze gorące pole bitewne w „cywilnej wojnie domowej’ toczonej między dwoma silnymi obozami – tzw. Niebieskim i Zielonym. Spór między tymi dwoma formacjami najsilniejsze emocje budzi oczywiście u reprezentujących je polityków. Wskazują na to ich egzotyczne nawet z polskiej perspektywy ekscesy. Tajwańscy parlamentarzyści wyprowadzeni z równowagi przez oponentów zdolni są zatarasować meblami drzwi do sali obrad, rzucić butem w mównicę, wjechać do gmachu sądu półciężarówką, a nawet pobić się podczas debaty. Tak zwani szarzy zjadacze ryżu też jednak nie pozostają obojętni, o czym świadczy chociażby wysoka frekwencja w wyborach, sięgająca w przeszłości 90 proc. (58-procentowa frekwencja w ostatnich wyborach parlamentarnych została przez publicystów uznana za katastrofę).
Tajwańska polityka rzadko wzbudza zainteresowanie zachodniej prasy, a ponieważ jest dosyć pogmatwana, ten brak zainteresowania przekłada się z reguły na brak zrozumienia. Można odnieść wrażenie, że nawet dziennikarze regularnie piszący o sprawach azjatyckich dla renomowanych tytułów nie zawsze mają pełną jasność co do tego kto, z kim i w imię czego toczy boje w wyspiarskim parlamencie, przy urnach czy nawet na ulicach. Nie biorę tych zarzutów z powietrza – anglojęzyczny „Taipei Times” prowadzi tygodniową rubrykę poświęconą tropieniu i prostowaniu nieścisłych, wprowadzających czytelników w błąd doniesień z Tajwanu publikowanych w światowej prasie (o ile w ogóle takie się akurat ukazują).
Niby nie ma nic dziwnego w tym, że globalne media ignorują wydarzenia na małej wyspie formalnie uznawanej za osobne państwo jedynie przez topniejącą garstkę krajów Trzeciego Świata i Stolicę Apostolską, wszystkie obiektywy i reflektory kierując na Chiny - wschodzące supermocarstwo, szykowane na głównego rozgrywającego światowej polityki w XXI wieku. Kłopot w tym, że przyszłość Chin kształtują również i politycy rządzący Tajwanem. Ich decyzje i plany są bacznie obserwowane przez pekiński reżim i rzadko pozostają bez reakcji. Podobnie jak Chińska Republika Ludowa, Republika Chińska ponosi odpowiedzialność za to, jak układają się „stosunki ponad Cieśniną”. A wiadomo skądinąd, że stosunki te nie są intymną sprawą mieszkających na końcu świata Chińczyków, ale jednym z kluczy do militarnej, politycznej, gospodarczej i jakiejkolwiek bądź jeszcze stabilności na świecie (chociażby dlatego, że USA też są w nie zaangażowane). Jeden koniec tego klucza trzyma garstka tajemniczych politruków i wojskowych z Kontynentu, a drugi - demokratycznie wybrany prezydent, rząd i parlament niewielkiej Wyspy.
Spór między Niebieskimi a Zielonymi jest w tym wszystkim o tyle ważny, że jest to spór Tajwańczyków z Tajwańczykami o to, czym naprawdę jest Tajwan – każda zaś próba określenia, czym jest Tajwan rozbija się o Chiny. Chińczycy z Kontynentu twierdzą, że spór Niebieskich z Zielonymi jest zupełnie bezprzedmiotowy, bo każdy, kto ma uszy, oczy i rozum wie, czym jest Tajwan – zbuntowaną prowincją Chińskiej Republiki Ludowej udającą samodzielne państwo (ale do czasu).
Dla zdecydowanej większości Tajwańczyków takie rozwiązanie sporu jest zupełnie nie do przyjęcia. Problemy zaczynają się już na gruncie logiki – jak można być odłączoną częścią całości, do której nigdy się nie należało? Nie znaczy to jednak, że mają oni łatwą odpowiedź na to samo pytanie. Kiedy moi rówieśnicy chodzili do szkoły, na lekcjach literatury i historii uczyli się mniej więcej tego samego co uczniowie w Chinach Ludowych. Cztero-tysiącletnią kulturę chińską przedstawiano im jako ich kulturę, za której przechowanie są odpowiedzialni jako obywatele „wolnych Chin”. Na lekcjach geografii uczyli się przede wszystkim geografii Chin z mapy zatytułowanej „Nasz Kraj”, przedstawiającej Republikę Chińską w granicach z 1949 r. – wraz z Mongolią i Tuwą, państwami, których socjalistycznej niepodległości kuomintangowski rząd nie potraktował poważnie.
Jak można się spodziewać, taka wizja tajwańskiej tożsamości raczej ciężko znosiła konfrontację z poza-szkolną rzeczywistością. Mój znajomy Yanchao twierdzi, że w wieku 16 lat przeżył coś w rodzaju patriotycznego otrzeźwienia. Doszedł do wniosku, że „Chiny” tak naprawdę leżą po drugiej stronie cieśniny, i nie tylko są krajem całkowicie odrębnym od jego małej wyspiarskiej ojczyzny, ale samym swoim masywnym istnieniem zagrażają jej wątłemu bytowi. Yanchao uważa za swój obowiązek przypomnieć każdemu obcokrajowcowi, który przyjeżdża na Tajwan uczyć się chińskiego języka lub studiować chińską kulturę, że Tajwan i Chiny to dzisiaj dwa zupełnie różne kraje, których drogi powinny rozejść się raz na zawsze – cóż, skoro geografia, historia i geopolityka sprzysięgły się, by wepchać mniejszy z tych osobnych krajów w żelazny uścisk większego...
Pan Tao, mój nauczyciel języka chińskiego w jesiennym kwartale, podczas jednej z licznych politycznych dygresji ostrzegał uczestników kursu przed takimi rozmówcami jak Yanchao. Jak twierdził, są oni ofiarami złego wychowania źle wykształconych rodziców oraz propagandy aktualnego (wtedy – 2007) rządu, który uparł się, by zdesinizować (od-chińszczyć) Tajwan w imię wydumanych haseł takich jak „niepodległość” czy „lokalizacja”. Nie wierzmy Tajwańczykom, którzy wstydzą się i wypierają swoich chińskich korzeni – nawoływał pan Tao. Tajwańczycy przecież „nie są Francuzami”, a Chiny Ludowe to dla nich nie obojętna zagranica, ale najważniejszy na świecie Kontynent, z którym Wyspa musi utrzymywać ścisłe kontakty, jeśli chce samą siebie rozumieć, a przy okazji rozwijać się gospodarczo. Mojemu nauczycielowi takie deklaracje przychodzą dosyć łatwo, ponieważ jego rodzina mieszka na Tajwanie niewiele dłużej niż pół wieku, a groby swoich przodków i dalszych krewnych zostawiła w zajętej przez komunistów prowincji Jiangxi.
Stanowisko Yanchao jest typowe dla wyborców obozu Zielonego. Poglądy pana Tao zdradzają jego bliskość z formacją Niebieskich.
Niebiescy to partie zgrupowane wokół Kuomintangu czyli Chińskiej Partii Narodowej – jednej z najdłużej istniejących (co najmniej od 1912 r.) i najbogatszych (750 milionów USD majątku) formacji politycznych na świecie. Kuomintang rządził całymi Chinami – jednakże bez Tajwanu, który był wówczas japońską kolonią! – w latach 30-tych i 40-tych XX w. Rządził nimi w ten sposób, że nie tylko chińscy chłopi, ale nawet i pewna frakcja w Białym Domu zaczęła się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby ich zamienić na komunistów Mao Zedonga. Pomimo liczebnej i finansowej przewagi oraz wsparcia USA w wojnie domowej toczonej z „czerwonymi rebeliantami”, w 1949 r. Kuomintang musiał ewakuować się na odebraną Japończykom Formozę, zabierając ze sobą 2 miliony uchodźców – wśród nich rodziców pana Tao. Wcześniej krwawo i brutalnie stłumił powstanie lokalnej ludności (tzw. incydent 2-28), oburzonej „porządkami” zaprowadzanymi przez partię na ich wyspie. Początki Republiki Chińskiej na Tajwanie były więc co najmniej dramatyczne. Kuomintang traktował Tajwan (oficjalnie - prowincję okupowanej przez komunistów Republiki) przede wszystkim jako zastępcze Chiny i bazę dla „odzyskania Kontynentu”. W imię tych idei wprowadził na wyspie najdłuższy w dziejach świata stan wyjątkowy (do 1987 r.!), zorganizował kult prezydenta-generalissimusa Chiang Kai-sheka, uczynił mandaryński jedynym uznanym w przestrzeni publicznej językiem (dziadek mojej koleżanki Yunjing był regularnie karany za mówienie w lokalnym „dialekcie” Hoklo), a z wszelkimi piewcami tajwańskości i wyspiarskości rozprawił się okrutnie. Jednocześnie rządy chińskich narodowców to czas niebywałego wzrostu gospodarczego i ogólnego skoku cywilizacyjnego Formozy.
Demokratyczna „odwilż” zaczęła się dopiero w drugiej połowie lat 80-tych, kiedy to na scenie politycznej pojawiła się pierwsza legalna partia opozycyjna – Demokratyczna Partia Postępu, złożona przede wszystkim z działaczy anty-kuomintangowskiego „podziemia” o z dziada-pradziada tajwańskich korzeniach. W 2000 roku partia ta przełamała 50-letni polityczny monopol Kuomintangu, wygrywając w wyborach prezydenckich i formując rząd tzw. „zielonej” koalicji (nie mylić z zielonymi – ekologami, którzy jako marginalna partia w tym sporze zupełnie nie biorą udziału).
DPP za cel postawiła sobie „tajwanizację” i demokratyzację wyspy. W autokratycznym systemie zdominowanym przez uciekinierów z Kontynentu jeden z tych procesów z konieczności zakładał drugi. Środowiska związane z „zielonymi” promują ściśle lokalny, tajwański patriotyzm – dumę z własnej wyspy, jej krótkiej, acz burzliwej historii, kulturowej różnorodności, lokalnych języków, udanej demokratyzacji i niezłomnej postawy w obliczu zagrożenia ze strony Chin. Poprzez serię symbolicznych przemian w rodzaju zmian nazewnictwa instytucji, kalendarza świąt narodowych, programów szkolnych itp. starają się wyraźnie oddzielić to, co chińskie, od tego, co tajwańskie (co nie jest takie łatwe biorąc pod uwagę że język i kultura Tajwańczyków są obiektywnie rzecz biorąc chińskie. „Zieloni” podkreślają jednak, że ich przodkowie znaleźli się na wyspie jako uciekinierzy z Chin, zdążyli na dobre przesiąknąć wpływami aborygenów z Formozy i japońskich okupantów, a poza tym czy ktoś przytomny nazywa jeszcze Kanadyjczyków Brytyjczykami a Brazylijczyków Portugalczykami?).
Również w polityce zagranicznej są oni bezwzględnymi zwolennikami oddzielenia interesów chińskich i tajwańskich. Twardo obstają przy tym, że są dwa różne państwa po dwóch stronach cieśniny i należy robić wszystko, by cały świat uważał w ten sposób, nawet za cenę militarnych gróźb ze strony Pekinu.
Wśród wyborców Zielonych znaleźć można tych Tajwańczyków, którzy nigdy nie identyfikowali się z Republiką Chińską albo też przestali się z nią identyfikować, i w związku z tym chcieliby jak najszybciej zastąpić ją niepodległą (to znaczy - odłączoną od jakichkolwiek bądź Chin) Republiką Tajwanu. Chińska kultura klasyczna jest im z reguły obojętna, a współczesne Chiny budzą w nich odrazę i strach. Są wśród nich rodziny ofiar zimnowojennej dyktatury Chiang Kai-sheka, ideowi zwolennicy demokracji w amerykańskim stylu, których brzydzą autokratyczne zapędy Kuomintangu, a także wyspiarscy od wielu pokoleń rolnicy z Południa, którym zależy na tym, by prezydent i premier mówili i myśleli tak jak oni – po tajwańsku.
Dzisiejsi wyborcy Kuomintangu i niebieskich to z kolei ci Tajwańczycy, którzy albo są dumni z Republiki Chińskiej na Tajwanie (ponieważ w jakiś sposób ją współtworzyli) albo im ona nie przeszkadza (bo nie przypominają sobie, by doznali od niej jakichś szczególnych krzywd, lub też nie chcą o nich pamiętać). Są wśród nich inteligenccy entuzjaści chińskiej tożsamości i kultury, tacy jak pan Tao, są też i tacy, dla których priorytetem jest rozwój gospodarczy i dobre stosunki z Chinami – jak młody dyplomata Lukas, którego uczę języka polskiego. Tak się bowiem dziwacznie porobiło, że Kuomintang, od dawna pozbawiony złudzeń co do możliwości powrotu do władzy na Kontynencie, ale nadal wierny mglistej idei „jednych Chin”, pozostał jedyną tajwańską partią, z którą komuniści z ChRL w ogóle chcą rozmawiać. W ten sposób stał się naturalnym rzecznikiem politycznym wszystkich tych, którzy zainwestowali swe pieniądze w Chinach Ludowych i nie chcą ich stracić na skutek nieprzewidzianych turbulencji w „stosunkach ponad Cieśniną”. Zabawnym i wymownym symbolem tego, o czym teraz piszę, może być fakt, iż wnuk Chiang Kai-sheka, kandydujący do parlamentu z ramienia Kuomintangu podczas swojej kampanii wyborczej używał jako gadżetów kalendarzyków produkowanych na Kontynencie – część z nich przez pomyłkę (?) wydrukowano w uproszczonych znakach, używanych w ChrL, ze wszystkimi komunistycznymi świętami zaznaczonymi jako dni wolne od pracy!. Powiedzieć, że dziadek przewrócił się w grobie, to jeszcze za mało …
To właśnie ekonomiczny pragmatyzm i ogólne ideologiczne „rozmamłanie” obecnego Kuomintangu pomogły tej partii wrócić do władzy po ośmiu latach dominacji DPP. Zieloni strzelili sobie co najmniej kilka samobójczych bramek, przegłosowując niekorzystną dla samych siebie ordynację wyborczą, pogrążając się w korupcji i wewnętrznych konfliktach, oraz prezentując się części społeczeństwa jako grupa szukających rozróby doktrynerów, którzy potrafią zmienić nazwę ulicy, a nie wiedzą jak załatać w niej dziurę. W wyborach 12 stycznia chińscy narodowcy uzyskali zdecydowaną przewagę w Yuanie Ustawodawczym – tajwańskim parlamencie. Jeśli 22 marca uda im się umieścić swojego kandydata w pałacu prezydenckim, Tajwan na powrót stanie się niebieski – tym razem na życzenie demokratycznej większości. Dla jednych oznacza to koniec ekonomicznych kłopotów, ułatwioną wymianę towarów, myśli i ludzi ponad Cieśniną oraz gwarancję pokojowego współistnienia z potężnym sąsiadem. Dla innych jest to zapowiedź powrotu do autokratycznych metod rządów oraz początek zagłady suwerennego narodu tajwańskiego, który niechybnie zostanie sprzedany przez jedną chińską partię (Kuomintang) drugiej chińskiej partii (komunistom) w imię pokoju i dobrobytu.
Póki co, szykujemy się na wielkie wyspiarskie wybory. Oby okazały się one wyłącznie wewnątrz-tajwańską i cywilną rozgrywką
Pierwszy odcinek w banalnie globalnym nowym roku 2008 chciałbym poświęcić tajwańskiemu klimatowi. Na ten temat wypowiedziałem się już jakiś czas temu na angielskiej stronie, ale od tamtego czasu pory roku zdążyły się co nieco pozmieniać i to na tyle dotkliwie, że chcę się wypowiedzieć jeszcze raz . Poza tym pisanie o klimacie to zadanie wdzięczne, bo nie wymaga barwnych opisów ani plastycznych zdjęć, a wyrazić można w jego ramach wiele - choćby tak ogólnoludzkie uczucia jak przemarznięcie czy zdychanie z gorąca. Wbrew pozorom na mojej obecnej wyspie doświadczyć można i jednego, i drugiego, chociaż raczej nie w równych proporcjach.
Jak podają mapy, Formoza przecięta jest w talii zwrotnikiem Raka. To przecięcie to jakby geograficzny symbol podziału na Północ i Południe Tajwanu - podziału, który ma wymiar kulturowy, polityczny, językowy, niektórzy twierdzą nawet że cywilizacyjny. Niby niewielki kraj, a jednak różnice są odczuwalne. Te klimatyczne wychwycić może nawet najmniej rozgarnięty obserwator. Na tropikalnym Południu zawsze jest co najmniej o kilka stopni cieplej niż na podzwrotnikowej Północy, słońce rzadziej chowa się za chmury, zima jest porą suchą, a nie mżawkową, zaś gwałtowne spadki temperatury należą do rzadkości. Podczas gdy plaże w Jilongu na północnym wybrzeżu zamykane są pod koniec października, w parku narodowym Kending na wybrzeżu południowym przez całą zimę można kąpać się w wodzie o temperaturze wakacyjnego Bałtyku.
Klimat Taipei to typowy przykład klimatu północno-tajwańskiego ("-pei", a właściwie "-bei" w nazwie stolicy oznacza "północ", por. "Bei-jing" [Pekin] czyli "Północna stolica" Chin). Co to w praktyce oznacza, można doświadczyć dopiero gdy skończy się lato - czyli gdzieś tak w połowie października.
Lato na całym Tajwanie to pora roku szalennie monotonna pod względem pogody. Niemal każdego dnia powtarza się ten sam schemat: rano słońce praży jak oszalałe, w południe niebo zanosi się smolistymi chmurami, popołudnie upływa w strugach deszczu o gęstości i intensywności rzadko spotykanej w Europie, wieczór jest parny i duszny i tak już niestety zostaje do rana. Przerwą w letniej monotonii są tajfuny, ale nie jest to przerwa przesadnie pożądana.
Jesienią robi się znacznie ciekawiej, przynajmniej na Północy, tu gdzie mieszkam. Taoistyczna teologia milczy na ten temat, ale można odnieść wrażenie, że na kilka chłodniejszych miesięcy Nefrytowy Cesarz powierza kontrolę zjawisk atmosferycznych albo niedoświadczonym praktykantom zaczynającym karierę w niebiańskiej biurokracji, albo bogom nie do końca zrównoważonym, których bawi potrząsanie słupkiem rtęci wte i wewte. Możliwe też, iż w tym okresie niebiański termometr co parę godzin losuje dowolną wartość z przedziału 15 - 25 stopni Celsjusza, przy czym w chłodniejsze dni wiatr i deszcz mogą przesuwać rzeczywiste odczucie temperatury poniżej tej granicy. W efekcie sytuacja pogodowa zmienia się właściwie z dnia na dzień, a dzienne amplitudy rzędu 10 st. nie należą do rzadkości. W tym roku wyjątkowo stabilny okazał się tajpejski grudzień, który przez większą część siebie konsekwentnie naśladował polski pogodny maj lub wrzesień. Niektórzy współ-uczestnicy polskiej wigilii narzekali, że nie pozwala im to odczuć atmosfery Świąt. (Ja osobiście bardziej czepiałbym się jedzonych pałeczkami "uszek" z nadzieniem krewetkowym i pożyczonych od sąsiada orientalnych krzesełek, ale rozumiem że w polskiej tradycji Boże Narodzenie to święto mroźne i śnieżne, na przekór bibilijnym realiom zresztą :).
Zaraz po Bożym Narodzeniu (które na Tajwanie nie jest świętem, a obchodzone jest głównie przez centra handlowe na podobnej zasadzie jak w Japonii) na Formozę zawitała prawdziwa zima. Polarne powietrze (ciekawe spod którego bieguna) posypało śnieżkiem czubek góry Yushan - najwyższego szczytu na wyspie (3952 m n.p.m), na północy zepchnęło temperaturę poniżej psychologicznej granicy 10 st. C (dotychczasowy zimowy rekord padł w miejscowości Jiayi: plus 7.8 st.C.), i zasiało przestrach wśród ciepłolubnej tajwańskiej ludności.
Jeśli kogoś z czytelników powyższy opis śmieszy i napawa poczuciem wyższości, znaczy to, że nie wie co oznacza subtropikalna zima - ja też nie wiedziałem, dopóki nie odczułem na własnej sierści. Ale do czasu. Poniższe fakty powinny sprawić, że i wam śmiech zamrze na ustach :):
Po pierwsze, przy zimnym wietrze, mżawce i tajwańskiej wilgotności powietrza odczuwany chłód jest bardziej dotkliwy niż sugerowałaby to sama podana w Celsjuszach temperatura. Jakoś nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek w Polsce chciał zakładać szalik i rękawiczki bez palców przy 11 stopniach - tutaj odczuwałem to jako konieczność. Po drugie, ogrzewane pomieszczenia są na Tajwanie luksusem porównywalnym z pomieszczeniami klimatyzowanymi w Polsce. Mój pokój nie jest wyposażony w nic, co ogrzewałoby cokolwiek, oprócz dzielonego ze współlokatorkami czajnika i względnie puchowej kołdry (coś nie postarały się chińskie gęsi), a warto nadmienić, że na jego ściany co najmniej w 1/4 składają się nie do końca szczelne okna. Tak więc jest bardzo prawdopodobne, że zmarznę tej zimy bardziej niż większość z Was, chociaż nie mam raczej szans na zobaczenie chociażby małej domieszki śniegu w deszczu, o bałwanie nie wspominając (no, zawsze pozostaje lustro, ha ha ha ).
Tak więc w przeciwieństwie do polskiej zimy albo zimy Muminków, zima tajwańska to raczej pora wzmożonej aktywności. Nie ma drzemania w fotelu ani robótek na drutach. Kto nie chodzi, ten marznie. Aż strach pomyśleć, jak czują się podczas tych dni "betelowe piękności" - półnagie młode kobiety sprzedające w ulicznych "akwariach" ulubioną używkę tajwańskiego proletariatu (zainteresowanych tematem, zapewne licznych, odsyłam do ciekawej strony lokalnego expata fotografa http://www.flickr.com/photos/tobie_open
Ci, których zawód nie wymaga wystawiania nieruchomych wdzięków na widok publiczny, mają do wyboru pewne opcje rozgrzewające. Oprócz intensywnego spaceru bądź innej aktywności kończyn należą do nich:
1) gorące jedzenie - jest tego wszędzie pełno, jak w ogóle jedzenia na Tajwanie. Poniższe zdjęcie przedstawia najbardziej budżetową opcję:
2) rozgrzewacze do rąk produkcji japońskiej. Świetny patent, może jakaś przedsiębiorcza głowa zaimplementuje go kiedyś w zmarzniętej Europie.
3) kąpiel w gorących źródłach. tutaj zdjęcia nie będzie, bo kto przytomny wniesie aparat lub komórkę do basenu z bulgoczącą siarkową wodą o temperaturze kilkudziesięciu stopni, na dodatek pełnego nagich ludzi. No, ja w każdym razie nie.
4) udział w tajwańskiej kampanii wyborczej.
O tym może wspomnę w kolejnym odcinku, póki co skorzystam z chwilowego ocieplenia i pójdę uzupełnić zapasy podręcznych rozgrzewaczy.
To kwestia honorowa - jeśli Tajwańczycy jeszcze raz zobaczą mnie zmarzniętego, przestaną wierzyć, ze naprawdę widziałem śnieg!
Jestem świadomy tego, że przyrządzone w Chinach psie mięso może być obciążeniem nie tylko dla żołądka, ale i sumienia. Oczywiście nie dlatego, że jest psie, a nie na przykład wieprzowe (żadna kultura nie ma monopolu na zamkniętą listę kręgowców nadających się do spożycia przez "cywilizowanego" homo sapiens).
Problemem są wyłącznie warunki "hodowli" i uboju psów przeznaczonych do konsumpcji. Lokalna tradycja cechuje się pod tym względem niefrasobliwością i okrucieństwem. Akurat tam, gdzie potrzebna jest nieco większa wyobraźnia - psy, w przeciwieństwie do np. drobiu czy bydła, bardzo źle znoszą stadne przetrzymywanie w klatkach i długie oczekiwanie na rzeź.
Sposobów na polepszenie tej sytuacji może być kilka. Spychanie psiej gastronomii do podziemia nie jest jednym z nich - a jak do tej pory głównie do tego sprowadzają się efekty nacisku zachodniej opinii publicznej na (wcale niezbyt licznych!!) konsumentów psiny w Azji.
A kogo porusza los kantońskich burków, niech znajdzie też łzę dla karpi w polskich wannach.
Do przeczytania w nowym roku - według mojego wyspiarskiego kalendarza, 97 roku Republiki Chińskiej.
to raczej nie jest okres nudy, ale na wszelki wypadek polecam drugą część relacji z Kontynentu i kilkanaście ładnych zdjeć Tajwanu na angielskim livejournalu
****************************************
SIEDEM DNI DZIWNOŚCI - cz. II
Oprócz wszystkich wymienionych wrażeń, Makao zapewniło mi jeszcze jedną niezapomnianą atrakcję. To właśnie tam przekroczyłem po raz pierwszy (oby nie ostatni) raz w życiu granicę Chińskiej Republiki Ludowej.
Chyba każdy Europejczyk, który po raz pierwszy wjeżdża do Chin od ich „wschodniej” strony, w pewnym momencie musi uświadomić sobie, że to *naprawdę* jest najludniejszy kraj świata. Dla mnie taki moment przyszedł bardzo szybko. Wystarczyło rozejrzeć się dookoła na przejściu granicznym. Ogromna hala odpraw jak okiem sięgnąć we wszystkich kierunkach wypełniona czarnowłosymi głowami i brzmieniem chińskiego (kantońskiego) języka. Gdzieś na horyzoncie ledwo co widoczna budka z celnikiem i migający nad nią napis VISITANTES. Znowu ta abstrakcyjna portugalszczyzna …
To wrażenie ogólnej „ludności” utrzymuje się również w przestrzeni miasta. Z geograficzno-arytmetycznego punktu widzenia Tajwan zaludniony jest gęściej niż ChRL, ale w praktyce wygląda to nieco inaczej. W Kantonie wszystko jest o wiele większe i szersze niż w Taipei, a jednak dla ludzi zostaje jakby mniej miejsca.
Odprawiając taką ludzką masę trudno silić się na surowość. Można sobie pozwolić co najwyżej na gruntowne, kilkukrotne zlustrowanie dokumentu uprawniającego do przekroczenia granicy. Z tej jedynej formy rozrywki celnicy na przejściu granicznym Aomen-Zhuhai korzystają skrupulatnie.
III. ZHUHAI, czyli Foka, Foka, Foka.
Zhuhai – moje pierwsze miasto w Chinach Ludowych. Zdążyłem zapamiętać z niego tłok w okolicach przejścia granicznego, wielgachny park nieopodal, dworzec autobusowy i sklep z ciastkami.
Coś oprócz tego?. Rzeźby trzech kamiennych fok ponad-ludzkiej wielkości na parkowym skwerku. Trudno o lepszy symbol bycia we właściwym miejscu o właściwym czasie!.
IV. GUANGZHOU i FOSHAN, czyli co nieco o Polityce, Psinie, Pandzie itd.
a. dziwność
„Byłem w Chinach Ludowych” to brzmi dumnie. Bardziej zgodne z prawdą byłoby jednak stwierdzenie skromniejsze – „byłem w Kantonie”. Nie chodzi tylko o to, że odwiedziłem raptem jedną (fakt, że ogromną) aglomerację miejską, a Chiny to kraj wielki i zróżnicowany. Aglomeracja, którą odwiedziłem, jest nawet w chińskiej skali wyjątkowa. Prowincja Guangdong i jej stolica Guangzhou, obie od kilkuset lat niedbale nazywane przez Europejczyków „Kantonem”, to tereny od zawsze uważane przez resztę mieszkańców Kraju Środka za składnicę niemal wszystkiego, co pod Niebem inne i dziwne.
Począwszy od kompletnie niezrozumiałego dla ludzi z północy języka (gdybym chciał sprawić satysfakcję chińskim językoznawcom, napisałbym „dialektu”), poprzez jeżącą włos na ludzkiej głowie i zwierzęcej sierści rozpiętość zainteresowań kulinarnych (por. cytowane wcześniej powiedzonko: „w Kantonie jada się wszystko, co ma cztery nogi prócz stołu…”), aż po niepojętą dla większości Chińczyków łatwość wypływania na morze i ulegania nastrojom rewolucyjnym – z perspektywy Środka Świata zwyczaje i tradycje mieszkańców Południowej Dziedziny (tak brzmi historyczna nazwa tych terenów) zawsze wyglądały nieco barbarzyńsko. Trochę zabawnie, trochę ohydnie, a trochę niebezpiecznie.
Dziwna jest już sama legenda założycielska miasta, według której w zamierzchłej starożytności na kantońskiej ziemi – podobno mniej więcej w okolicy blokowiska, w którym zamieszkałem na parę dni! – zlądowało z niebios pięć baranów z kłosami zboża w pysku i obietnicą, że ziemia ta nigdy nie zazna głodu. Coś nie tak chyba ze słownością latających baranów, skoro właśnie w tym rejonie Chin zaczęto eksperymentować z jedzeniem zwierząt, które reszta ludzkości z reguły zostawia w spokoju. Co więcej, Kantończycy jako jedni z pierwszych w Kraju Środka poznali, co to przeludnienie. Pewna część z nich zaczęła emigrować do innych krajów, inna, nieco mniejsza, zaczęła knuć jak obalić cesarstwo, a zanim się to udało również musiała emigrować do innych krajów.
W efekcie to, co świat zachodni zna jako „Chinese cuisine” to tak naprawdę kuchnia kantońska dopasowana do amerykańskich gustów kulinarnych i estetycznych (wyjątkiem może być Kraków i kilka innych miast w naszym kraju, gdzie za „kuchnię chińską” robią dania wietnamskie z postępującymi wpływami polskimi).
b. bogactwo
Dzisiejszy Kanton to zdecydowanie jedno z najbogatszych miast w ludowych Chinach, co w dużej mierze zawdzięcza intratnym rodzinno-biznesowym związkom z bogatą chińska emigracją i jeszcze bogatszym Hong Kongiem. Miasto na dobre otrząsnęło się z szaleństw Rewolucji Kulturalnej (a było wtedy bardzo „czerwone”) i jest dzisiaj dla wielu Chińczyków ich własnym „oknem wychodzącym na kapitalizm” – ktoś złośliwy powiedziałby, lokalną podróbką Hong Kongu.
Nie ma jednak powodów do złośliwości. 10-milionowe Guangzhou raczej nigdy nie będzie już metropolią rodem z kreskówki o Jetsonach - żeby tak się stało, trzeba by chociażby wyburzyć hektary monstrualnych blokowisk i niedbale pobudowanych domków – ale mimo wszystko jest miastem, które z powodzeniem aspiruje do nowoczesności. Widok na Rzekę Perłową po zmroku rozświetlają neony z okalających wybrzeże biurowców i dyskotekowo-choinkowe światła sunących po wodzie statków wycieczkowych. Metro i autobusy komunikacji miejskiej kursujące w centrum w niczym nie uchybiają europejskim standardom. Centra handlowe są pełne błyskotek, reklam i towarów (chyba właśnie w tej kolejności, skoro na piętrze hipermarketu poświęconym chemii i wyrobom kosmetycznym mimo obfitości przedmiotów na półkach nie ma w sprzedaży ani kostki mydła).
Jeśli dodać do tego bardzo dobry stan ciągle naprawianych i rozbudowywanych dróg, nietrudno o wrażenie, że jesteśmy w mieście nowocześniejszym niż np. Kraków. Zachwyt nad infrastrukturą Kantonu maleje w miarę zbliżania się do miejsca, gdzie mieszkają zwykli (to trzeba podkreślić) ludzie. Ale na to spuśćmy zasłonkę milczenia. Jeśli akurat jest jakaś zasłonka, bo na kantońskiej ziemi nie zawsze można to zagwarantować ;).
c. polityka
Na dworcu autobusowym Guangzhou podróżnych wita potężny czerwony neon. Osiem ogromnych znaków w uproszczonej, zreformowanej ortografii (po 3 miesiącach pobytu na Tajwanie trudno na nie patrzeć bez politowania ;)) wzywa do rozwiązania pewnych nabrzmiałych kwestii:
ZJEDNOCZMY CHINY. PRZYWRÓĆMY „KWITNĄCY ŚRODEK” !
Na szczęście sączący się z głośników aktualny przebój tajwańskiego popowego piosenkarza Guang Lianga łagodzi obyczaje. Na coś się jednak ta zbuntowana burżuazyjna wyspa przydaje…
[„Kwitnący Środek” to też Chiny, tyle że brzmi dumniej. Co ciekawe, podobne slogany wypowiadane po drugiej stronie Cieśniny niemal zawsze określają w imię czego miałoby być dokonane zjednoczenie – najczęściej są to trzy rewolucyjne zasady „ojca” chińskiej Republiki, dra Sun Yat-sena (suwerenność, demokracja, dobrobyt). Tutaj ideologiczne usprawiedliwienie jest już zbyteczne. Chiny mają być jedne, potężne i kwitnące. Jednoczy ten, kto jest silniejszy, małe wysepki mogą co najwyżej przedłużać swój nieunikniony powrót na łono niepodzielnego Narodu].
W Guangzhou zdecydowanie łatwiej wypatrzeć ślady kapitalizmu niż socjalizmu – przynajmniej w takim rozumieniu tego słowa, które używane jest poza Chinami. Jeśli ktoś nie do końca rozumie, na czym polega i będzie polegać „socjalizm z chińską specyfiką” może uzupełnić swoje turystyczne intuicje lekturą ulicznego biuletynu streszczającego postanowienia ostatniego zjazdu Komunistycznej Partii Chin. Tam to jest wytłumaczone, chociaż nie jestem pewien czy jasno, konsekwentnie i zwięźle.
Generalnie polityka w Kantonie nie wychodzi na ulice, zupełnie inaczej niż w rosyjskich i białoruskich miastach, które odwiedziłem. Tam z każdego kąta wyzierała nostalgia za sowieckimi czasami, tutaj widać raczej (jeśli cokolwiek) dumę z dotychczasowych osiągnięć i ochotę na więcej. W sklepach z pamiątkami króluje oczywiście Wielki Sternik / „przywódca rebeliantów Mao bandyta Zedong” (zależy z jakiej strony Cieśniny patrzeć), choć nie jestem pewien, czy produkcja maoistowskich breloczków, portretów i „czerwonych książeczek” nie jest nakierowana raczej na zagranicznych turystów. Zainteresowani Chińczycy swoje egzemplarze przecież już od dawna w domach mają. Ja sam, jak na turystę przystało, zakupiłem ilustrowany życiorys Przewodniczącego i kilka plakatów z jego podobizną z czasów Rewolucji Kulturalnej. Czyniąc takie zakupy czułem się jednak nieco „dwuznacznie”, trochę tak, jakbym kupował figurki z kości słoniowej albo futro z rzadkiego gryzonia. Bo czy nie jest tak, że my, przybysze z Zachodu, stadnie wykupując przygotowane dla nas mao-cjonalia nie utwierdzamy Chińczyków w przekonaniu, że Mao naprawdę był „w siedmiu dziesiątych dobry, a w trzech dziesiątych zły”, czytaj: był wielkim, godnym podziwu przywódcą, którego idee niekiedy źle rozumiano? Taka niezdrowa fascynacja strongmenami historii, którzy najbardziej by się jej przysłużyli, gdyby zostali w swoich górskich partyzanckich bazach…
d. religia
Podobizny Mao można również nabyć w zabytkowych świątyniach, choć ich ideologiczną siłę rażenia znacznie osłabia sąsiedztwo długopisów z Kaczorem Donaldem, kiczowatych amuletów, pocztówek, importowanych z Japonii bębenków i tybetańskich posążków.
Świątynie Kantonu to zupełnie, ale to zupełnie inne miejsca niż świątynie na Tajwanie.
Są starsze, o wiele większe i bardziej monumentalne, mają większą wartość jako zabytki i historyczne atrakcje. Guangzhou nie jest uważane za miasto „turystyczne”, ale i tak do czasu potrzebnego na zwiedzanie jego kilku znanych świątyń trzeba dodać po kilkanaście minut na szukanie szczęki – to jest bądź co bądź architektura Imperium, a nie jego peryferii….
Jednak trudno jest mi myśleć o tych wspaniałych budowlach jako o „świątyniach”. Są to raczej muzea na otwartym powietrzu, z biletowanym wstępem, żebrakami wyczekującymi turystów przed wejściem, galeriami i pamiątkarskimi stoiskami, nie zawsze związanymi z religią, delikatnie rzecz ujmując. Ludzie, którzy przekroczyli kamienną bramę „w celach kultowych” stanowią mniejszość wśród spacerowiczów i oglądaczy. Co do mnichów, to waham się po której stronie ich umieścić – niektórzy z nich wykonywali rytualne pokłony podejrzanie niezdarnie, a jeśli moja edukacja buddologiczna wystarczy do odróżnienia mnicha medytującego od śpiącego … to ten jedyny medytujący, którego widziałem, spał.
Popłoch w oczach mnicha ze Świątyni Sześciu Banianów zapytanego o jeden z wyróżnionych posągów również zdawał się mówić co nieco o kondycji kontynentalnego chińskiego buddyzmu. Było nie było, większość literatury religijnej, którą ochoczo rozdawał na lewo i prawo towarzysz-mnich z tego samego przybytku, została wydrukowana na Tajwanie – w tradycyjnych, nie uproszczonych znakach, co pewnie nie każdego tu zachęca do lektury…
e. kulinaria
Dla większości odwiedzających Kanton największą atrakcją nie są świątynie ani baniany tylko lokalna kuchnia. Żarty i uprzedzenia na bok, w Kantonie naprawdę można zjeść wybornie. Nawet ograniczając się do konwencjonalnych mięs (dla porządku: krewetka jest konwencjonalna, małpa czy wąż – już nie), chociaż okazja do zjedzenia pięciu stworzeń w całości podczas jednego posiłku też nie powinna być odpuszczona (polecam gołębie i żabę pływającą w przekrojonej na pół papai).
Moja dobra rada: Jeśli komuś przeszkadzają obskurne bloki, tumany smogu, zalegające wszędzie tłumy, zagadujący łamaną angielszczyzną cinkciarze, dziadeczkowie w kufajkach charkający na ulicę, nadmiar uzbrojonych mundurowych w polu widzenia (i rażenia) , dzikie wysypiska śmieci – niech spróbuje pokochać Kanton (i ogólnie ludowe Chiny) przez żołądek!
Po raz kolejny w życiu straciłem natomiast szansę na skosztowanie psiny (o okolicznościach poprzedniego razu pisałem w koreańskim fragmencie mojego poprzedniego journala). Tym razem stało się z to przyczyn nie do końca dla mnie zrozumiałych. W każdym lokalu, o którym można było sądzić (na podstawie przekazu ustnego bądź komunikatu graficznego), że sprzedaje „pachnące psie mięso” czekała jedna i ta sama odpowiedź: „ nie prowadzimy psiny, mamy za to baraninę”
Hipotez tłumaczących tą dziwną prawidłowość zebrałem do tej pory co najmniej cztery:
1) to rodzaj sekretnego kodu, który służy zamaskowaniu psiny przed kłopotliwymi obcokrajowcami szukającymi taniej sensacji, a może i rozróby (ekolodzy, animalsi, fanatycy bhp itd.)
2) to szczera propozycja zakosztowania innego niestandardowego przysmaku – wiadomo, że dla przybyszy z Zachodu psina to może być rarytas, ale dla chińskich południowców takim dziwnym rarytasem jest właśnie baranina.
3) to złośliwa aluzja do pytającego – słowo yang (‘baran’) wymawia się podobnie do yang w wyrażeniu yangguizi, czyli „zamorski diabeł”- a tak nazywano niegdyś w Chinach cudzoziemców o białym kolorze skóry.
4) to sprytna gra językowa, testująca pytającego obcokrajowca. Nawiązuje do klasycznego chińskiego powiedzonka „sprzedawać psinę jako mięso barana” (wywodzącego się z przypowieści zanotowanej w IV w. p.n.e., ale znanej ogółowi). Gdybym odgadł aluzję w trakcie pytania, dostałbym na talerzu wymarzoną dymiącą psinę. A tak …
f. panda i inne monstra
Z niestandardowych zwierząt, które widziałem nie na talerzu, w pierwszej kolejności powinienem wymienić pandę wielką – jedyny egzemplarz w posiadaniu kantońskiego zoo. Stworzenie to sprawia wrażenie zupełnie zmaltretowanego, apatycznego i zmęczonego swoim istnieniem. Poza tym jest najnormalniej w świecie brudne – zupełnie inaczej niż jego malowane i fabrycznie produkowane podobizny reklamujące ogród zoologiczny.
Nieco lepsze wrażenie sprawiały pandy małe. Z wyjątkiem tej jednej, którą kierownictwo zoo przywiązało łańcuchami do ogrodowej ławeczki i pozwoliło fotografować za niewielką opłatą.
Właśnie w kantońskim zoo po raz pierwszy przekonałem się, że dla chińskiej gawiedzi mogę być większą atrakcją niż sprowadzone z Australii kangury. Dziadek i wnuczka, z którymi pozwoliłem sobie zrobić zdjęcie, wyglądali na autentycznie poruszonych . Takiego dziwnego stwora w zoo nie spodziewali się zastać! Na dodatek dał się złapać na kliszy, więc wszyscy będą musieli dziadkowi i wnuczce uwierzyć i zzielenieją z zazdrości, że to nie oni na tej fotografii, obok klatki z kangurami…
Z drugiej strony, to właśnie w Chinach Ludowych po raz pierwszy spotkałem się z nieprzychylnymi spojrzeniami ze strony Azjatów. Z perspektywy kilku dni giną one gdzieś w natłoku spojrzeń zdumionych, rozbawionych, zafascynowanych, zdziwionych czy po prostu obojętnych. Ale jednak były. Nowe doświadczenie podczas pobytu na tak zwanym Dalekim Wschodzie.
g. luźne uwagi
Chińczycy mają kulturę kolektywną, nie indywidualistyczną – wie każdy oczytany człowiek Zachodu. Ale co z tymi Chińczykami, którzy „kultury” nabyć nie zdążyli? Trudno przeżyć dzień w tym kraju, by się z takimi nie zetknąć.
Czy Chińczyk, który wypluwa na chodnik pieczołowicie wydobytą z otchłani gardła flegmę, taranuje przechodniów swoim żelaznym rowerem, stojąc w kolejce do windy wykrzykuje w niebogłosy przekleństwa prosto w słuchawkę swojego komórkowego telefonu albo „zapomina” polać wodą z wiaderka dół kloaczny w publicznej toalecie po załatwieniu swojej potrzeby – nie jest w pewnym sensie indywidualistą? Gdzie podziało się to jego słynne kolektywne myślenie i podporządkowanie interesom grupy?
Czyżby rzeczywiście Chińczycy byli narodem o pięciu tysiącach lat cywilizacji i zerowej kulturze osobistej, jak mawia w przypływie desperacji pewien rezydent Kantonu?.Czyżby rację mieli niektórzy Japończycy i Tajwańczycy, przedstawiający swoich kontynentalnych sąsiadów jako prostacką, pazerną dzicz, niemającą pojęcia o manierach, higienie i świecie poza rodzimą wioską czy osiedlem?
Czy może raczej Chiny to kraj, w którym mieszka po prostu bardzo wielu bardzo różnych ludzi, a średnia z tego wyciągnięta jest niczym więcej jak średnią całej ludzkości, po której nie można się spodziewać zbyt wiele?
Z perspektywy kogoś, kto podróżuje od jakiegoś czasu po Wschodniej Azji zmierzając w stronę Środka, mogę spróbować opisać ten problem w następującym diagramie:
Uprzejmość japońska – „Przepraszamy szanowny kliencie, ale cenne szacowne bagaże uprasza się chować do luku na szacownym spodzie pojazdu”
Uprzejmość tajwańska – „Proszę pana, bagaże dajemy na dół!”
Uprzejmość chińsko-kontynentalna – „Ej! Z tym plecakiem to na dół!”. „Mamo, mamo, zobacz, to obcokrajowiec!!!.” „HELLOO WHO ARE YOU!”
Sami sobie odpowiedzmy, na którym poziomie mieszczą się nasze rodzime praktyki : ).
Coraz więcej osób prosi mnie o napisanie relacji z mojego tygodniowego wypadu do „strefy tymczasowo ogarniętej komunistyczną rebelią” / „Strefy Wyzwolonej” (zależy, z której strony cieśniny patrzeć) – czyli na Kontynent.
Nie mam zamiaru ociągać się dłużej, chociaż muszę przyznać, że nie jest to dla mnie łatwe zadanie. Chiny Ludowe to kraj, do którego wybierałem się od chyba z dwudziestu już lat, na pewno od czasu, kiedy nauczyłem się czytać, jeśli nawet nie wcześniej : ). A trzeba przyznać, że w ciągu tych dwudziestu lat napięcie rosło jak u Hitchcocka . Mieszkając kolejno w Polsce, w Japonii i na Tajwanie nie tylko stopniowo przybliżałem się do Chin, ale i nasiąkałem stopniowo coraz silniejszą mieszaniną fascynacji i odrazy, otaczającej ten kraj. Im bliżej Kontynentu, tym więcej słyszałem strasznych i śmiesznych opowieści o realiach "Kwitnącego Środka". Jednocześnie, coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że państwo to w Azji ciągle pozostaje Środkiem, mimo że jego peryferia pod każdym niemal prestiżowym względem dawno go prześcignęły. Tak czy siak, zobaczyć na własne oczy trzeba.
Podsumowując - wizyta na Kontynencie to było wielkie i dziwne przeżycie, większe niż udział w ceremonii ku czci Konfucjusza :). Wszystko niby jakoś znajome z fotografii, druku, czyjejś opowieści, a jednak zupełnie inne, bo rzeczywiste. Ale nie rzeczywiste tak jak mój laptop i biurko, przy którym teraz siedzę, tylko rzeczywiste w sposób dziwny. Tej dziwności za nic nie uda mi się oddać słowami. Każda próba uczynienia tego skończyłaby się upadkiem w otchłań grafomanii wypełnionej sentymentalnym kisielem.
Na ratunek mogłyby przyjść zdjęcia – niosąc ze sobą tak potrzebny temu odcinkowi obiektywizm i trzeźwe podejście do rzeczywistości. No i tutaj tkwi pies przyrządzony (po kantońsku. Pogrzebane będą same kosteczki). Chociaż dla tej strony nadejdą wkrótce miesiące zdjęciowo „tłuste”, ta relacja pozostanie ślepa. Zadecydował o tym splot finansowych konieczności (wizy chińskiej i aparatu nie kupuje się w jednym miesiącu), towarzyskich powinności (obiecałem tajwańskim znajomym, że pójdziemy kupować aparat w grudniu), zwykłego pecha (aparat, który gotów był pożyczyć mieszkający w Taipei rodak, okazał się zepsuty) i mojego zwykłego tumiwisizmu (bo można było zrobić zdjęcia jednorazowym Kodakiem i zeskanować).
Dobrze, zaczynam, zanim poleci pierwszy ogryzek (swoją drogą, co wy tam teraz jecie na Północy? U nas teraz sezon na truskawki, winogrona, mandarynki i jujuby : ).
****************************************
W tym miejscu - zdecydowanie za późno – chciałem przekazać inter-orientalistyczne pozdrowienie i podziękowanie dla 红布拉色 匪 先輩 towarzysza i dobrego ducha mojej pierwszej wyprawy do Chin, bez którego nie doszła by ona do skutku.
客舍青青柳色新 ….jakoś tak to chyba szło …
****************************************
Ponieważ pasażerskie loty ponad Cieśniną zostały ogólnie rzecz biorąc wstrzymane od czasu, gdy ostatni helikopter ewakuujący rząd Republiki wylądował bezpiecznie na Tajwanie, podróż z Wyspy na Kontynent odbywa się z konieczności dwuetapowo. Koniecznym przystankiem jest Hong Kong, ewentualnie Makao, gdzie cudzoziemiec musi poczekać na wyrobienie chińskiej wizy. Chociaż w obu byłych koloniach łopoczą tu i ówdzie anemiczne chińskie flagi, z punktu widzenia podróżującego są to właściwie osobne kraje – z własną służbą celną, walutą (co prawda, bardzo łatwo wymienialną na pozostałe dwie), regulacjami prawnymi, no i z własnymi realiami, zdecydowanie innymi niż realia Chińskiej Republiki Ludowej. Zapewne też zdecydowanie innymi niż realia wszystkich innych miejsc na Ziemi.
I. HONG KONG, czyli mało dyskretny urok burżuazji
W porównaniu z Hong Kongiem Taipei to Koluszki, a Osaka to Sidzina – takie było moje pierwsze wrażenie po wylądowaniu w byłej brytyjskiej kolonii, od dziesięciu lat cieszącej (?) się statusem Specjalnego Regionu Administracyjnego ChRL. Oczywiście wiele w tym wrażeniu przesady. Jednak w obu wymienionych miastach już pewnie nigdy nie uda się wybudować tylu monumentalnych nowoczesnych wieżowców, jarzących się po zmroku gigantycznymi neonami z nazwami firm, co w okolicach Victoria Harbour. Świątynie świątyniami, ale ten widok naprawdę mnie poruszył – może dlatego, że nie byłem nigdy w USA i chociaż codziennie patrzę na najwyższy budynek świata, ciągle nie wiem, co to jest to słynne „skyline”?
[http://pl.wikipedia.org/wiki/Grafika:V
Poza tym mieszkańcy obu wymienionych miast zapewne nigdy nie dorobią się tylu rolls-royce’ów, nie będą mieli tylu piętrowych autobusów i nie staną się tak kosmopolityczną, wielojęzyczną i wielorasową społecznością jak ludzie z Hong Kongu (chociaż dominacja żywiołu chińskiego, a dokładnie kantońskiego, jest oczywiście widoczna).
Naprawdę trudno o lepszą niż Hong Kong reklamę kapitalizmu dla tłumnie przybywających z Chińskiej Republiki Ludowej turystów. No, turystów jak turystów. Ściślej rzecz biorąc, amatorów zdjęć, zakupów i finansowego szacher-macher na formalnie zamkniętej dla Chińczyków legendarnej giełdzie.
Niektórzy przybysze z „Mainlandu” zapewne doceniają też Hong-kongijską wolność słowa, którą Strefa ma zagwarantowaną na co najmniej czterdzieści jeszcze lat. W zasobnych księgarniach "Pachnącego Portu" leżakują sobie mniej czy bardziej prawomyślne publikacje z całego anglo- i chińskojęzycznego świata. Na przykład na półkach z książkami historycznymi skandalizująca biografia Mao Zedonga „The Unknown Story” sąsiaduje o kilka rzędów z demaskatorską pracą znanego maoistowskiego intelektualisty Chen Boda pt. „Wróg ludu Chiang Kai-shek”. (W dziedzinie godzenia dwóch gigantów chińskiej historii najnowszej nikt nie zaszedł chyba jeszcze tak daleko jak pewien tajwański wróż, który śledząc przeszłe wcielenia Przewodniczącego i Generalissimusa doszedł do wniosku, że byli oni niegdyś … małżeństwem. Średnia zachęta do żeniaczki w dłuższej perspektywie …)
W Hong Kongu podobno nie działa internetowy China Firewall, tak więc moje obydwa livejournale są dostępne dla miejscowej ludności, która oczywiście o tym nie wie i niech tak już lepiej zostanie (jeszcze znowu dostanę wpis o kuchence mikrofalowej).
Nie uwierzyłbym, gdybym nie zobaczył, ale tak jest: nie samym żelbetonem i złotem Hong Kong stoi. Na tysiącu kilometrów kwadratowych zabranych niegdyś brutalnie ostatnim cesarzom Chin zmieściły się również bardzo atrakcyjne widokowo góry, w których szlaki wytyczali podobno Brytyjczycy – to znaczy, że są to „szlaki” w naszym, a nie wschodnioazjatyckim rozumieniu tego słowa (por. listopadowy odcinek na angielskim journalu) oraz kilka naprawdę jedynych w swoim rodzaju świątyń.
Na przykład Świątynia Dziesięciu Tysięcy Buddów w Hong-kongijskiej dzielnicy Sha Tin to zdecydowanie jedno z najdziwniejszych, jeśli nie najdziwniejsze, buddyjskie miejsce kultu jakie odwiedziłem. Po znalezieniu małej furtki w drucianym ogrodzeniu za gmachem IKEI wkracza się w bambusowy las, porastający strome wzgórze. Wspinaczka prowadzi po kamiennych schodach otoczonych z obu stron przez dziesiątki niemal naturalnej wielkości rzeźb arhatów – oświeconych uczniów Buddy. Rzeźby te są silnie zindywidualizowane, niektóre niemal groteskowe; każdy arhat wyróżnia się jakąś fizyczną deformacją albo szczególnym wyrazem twarzy. Jakby tego było mało, na górze, obok dziewięciokondygnacyjnej pagody znajdują się dwa ogromne posągi zwierząt: niebieskiego psa i białego słonia wiozących bodhisattwów, z realistycznie wyrzeźbionymi genitaliami! W samej świątyni zaś na wiernych pragnących bezpośredniego kontaktu ze świętością oraz na turystów żądnych kontaktu z jeszcze większą dziwnością, czekają zabalsamowane i pokryte złotem zwłoki świątobliwego opata-patriarchy …
[ http://www.edwebproject.org/hongkon
Hong Kong nie jest miastem dla biednych, dlatego wszyscy ziemianie poszukujący taniego noclegu lądują z reguły w jednym i tym samym miejscu – Chungking / Mirador Mansion, monstrualnym kompleksie budynków przy „nigdy nie zasypiającej” Nathan Road. Jego liczne piętra i klatki schodowe w sumie stanowią lokalną edycję wieży Babel. Jeśli komuś marzy się nawiązanie zażyłości z marynarzami z Zambii albo pakistańskimi „ludźmi interesu”, zapewne nie znajdzie w Azji miejsca bardziej zdatnego do tego celu.
II. MAKAO, czyli ingorowany dziw świata
Makao (po chińsku Aomen) pojawiło się w grafiku podróży przypadkiem, w ramach około-wizowej rozrywki i przewietrzania paszportu. Nie ukrywam, że mając już głowę w Chinach, nie spodziewałem się po byłej portugalskiej kolonii szczególnych wrażeń. Ot, kawałek Portugalii na siłę doklejony do chińskiego wybrzeża. Mekka hazardzistów. Mają rzeźbę pingwina. I walutę o dziwnej nazwie.
No i pomyliłem się, a była to najszczęśliwsza z ostatnich pomyłek. Niniejszym apeluję do wszystkich czytelników – jeśli będziecie kiedyś we wschodniej Azji, nie zachowujcie się jak reszta europejskich turystów – wpadnijcie chociaż na pół dnia do Makao, nawet jeśli nie macie pieniędzy ani ochoty na „naukę życia” w kasynie!
Chociaż bardziej wielkomiejskie niż jakiekolwiek miasto w naszej części Europy, Makao w porównaniu z Hong Kongiem wydaje się dosyć sennym i zrelaksowanym miejscem o uregulowanym i niespiesznym trybie życia. W pierwszej chwili wydaje się też miejscem już nie tyle dziwnym, co dziwacznym – przybysza wysiadającego z promu na Porto Exterior witają kolorowe jak bombki makiety znanych budowli z całego świata, do tego zabawna mieszanina portugalskich napisów i tradycyjnych chińskich znaków…
Urok Makao odkryłem dopiero na starówce, która zaczyna się za plecami niebotycznych rozmiarów hotelu (Royal?) , naśladującego katedrę albo statek kosmiczny, a może jedno i drugie.
Powiedzmy, ze jest na świecie kilka innych miast, w których intrygująca nowoczesna architektura sąsiaduje z malowniczymi barokowymi kościołami, brukowanymi uliczkami, grobami znanych z podręczników historii jezuitów itd. Ale takie miasto, w którym te kościoły i uliczki sąsiadują z zakątkami tak chińskimi, że już bardziej się nie da – jest tylko jedno!
Krok w tył – i jestem w centrum zabytkowego europejskiego miasta, na ulicy Infanta Henryka, na rynku ze zdobionymi kamienicami. Krok w bok – i jestem na wąskiej kantońskiej uliczce, dookoła jadłodajnie serwujące makaron z wieprzowiną, sklepy z przyborami kaligraficznymi i porcelanowymi figurkami, gdzieś niedaleko świątynia Niebiańskiej Matki, opiekunki marynarzy, której Aomen zawdzięcza swą europejską nazwę.
Choć wszędzie kłują w oczy portugalskie napisy, na ulicach same Chinki, no i Chińczycy.
Chyba się zakochałem.
Ale kantońskiego i portugalskiego nie będę się już uczył, co to to nie! : )
Pierwsze z nich to seria pieniężnych nagród przyznawanych wzorowym dzieciom za oddanie wobec rodziców – jasna i prosta kontynuacja chińskiej konfucjańskiej tradycji. Jedną z tegorocznych laureatek jest dziewczyna, która zrezygnowała ze studiów na prestiżowej uczelni w Taipei na rzecz lokalnego college’u po to, by zostać przy boku niedomagającej matki.
Inne odznaczenie, państwowa nagroda za wkład w rodzimą kulturę, powędrowała za to w ręce solisty black-metalowego zespołu ChthoniC, który czerpiąc inspirację z ideologii „pogańskiego” skandynawskiego metalu, pragnie [cytuję:] „krytycznie przyjrzeć się wartościom narzuconym tajwańskiemu społeczeństwu przez chińskie autorytety i walczyć z nimi tam, gdzie są one złe albo zagrażają istnieniu tajwańskiej Natury”.
Tak wygląda europejski „satanizm” w wydaniu wschodnio-azjatyckim, w kręgu kulturowym, gdzie szatana na dobrą sprawę nigdy nie było. Bunt przeciw Konfucjuszowi i Chiang Kai-shekowi, którzy na Tajwanie stworzyli dosyć dziwaczny, ale jednak wpływowy duet. Wielki czarny język pokazany kontynentalnej tradycji w imię swojskości, „naszości”, dzikości i naturalnych instynktów. No i oczywiście symbolizujących to wszystko tajwańskich Aborygenów, których mitami i tradycjami zespół się inspiruje (ciekawe, co oni na to).
Inna wiadomość z ostatniego tygodnia nada temu odcinkowi zabarwienie frywolne :) Ponieważ jednak ostatnio mieliśmy tutaj Konfucjusza w stężeniu hipertonicznym, coś lekkiego na odmianę się przyda.
Jak podają azjatyckie gazety, w koszarach Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej – wojska Chin kontynentalnych - pleni się podobno od jakiegoś czasu „cudowna choroba” (używając baardzo eleganckiego określenia), wywołana i podsycana przez … prezenterkę tajwańskiej internetowej wojskowej agencji informacyjnej. Pannę Zhang Yajie, 24-latkę w mundurze republikańskiej armii, pochłania wzrokiem na ekranach podłączonych do sieci wojskowych komputerów zawrotna liczba żołnierzy „wielkich” Chin. Wykazali oni kilkukrotnie większe zainteresowanie programami panny Zhang niż bardziej przecież skomputeryzowani żołnierze tajwańscy, do których są one skierowane. W ślad za tym zmianie uległ wystrój ludowo-wyzwoleńczych koszarów, kantyn i być może innych jeszcze zabudowań gospodarczych.
Tajwańscy komentatorzy poruszają w związku z tym newsem co najmniej 3 kwestie:
1) czy to na pewno takie wesołe, że armia Kontynentu ochoczo korzysta z tajwańskich wojskowych stron internetowych, niezależnie od zrozumiałych pobudek?
2) Czy Tajwańczycy nie powinni jeszcze raz, starannie przemyśleć roli kobiet w obronie kraju na wypadek ewentualnego desantu wojsk zza cieśniny?
3) Co oni w niej widzą? Przecież ulice Taipei pełne są o wiele ładniejszych dziewczyn …
Ów ostatni punkt mam zamiar rozwinąć w jednym z kolejnych odcinków angielskojęzycznego journala. Tymczasem oddalam się w celu kontynuowania przygotowań do krótkiego zagranicznego wyjazdu w przyszłym tygodniu. Wśród miejsc które odwiedzę będą dwa słynne miasta:
Jedno znane jest z tego, że dochód na głowę jednego mieszkańca jest w nim wyższy niż w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji i Włoszech. Za to o drugim mówi się, że jego mieszkańcy jedzą wszystko, co lata w powietrzu oprócz samolotu i wszystko, co ma cztery nogi, oprócz stołu. Choć nawet to nie jest całkiem pewne. Obydwa leżą w granicach tego samego państwa.
Powiedzmy, że jest to quiz. Wśród zwyciężców rozlosuję pocztówki :)
Trzymajcie więc kciuki, jeśli to pomaga się trochę rozgrzać. Ja muszę jeszcze poczekać na złamanie bariery 20 stopni Celsjusza.
Jak wspomniałem w poprzednim odcinku, tutejsza rodzina ma do spełnienia co najmniej dwa niezwykle ważne zadania. Po pierwsze, jest całodobowym warsztatem, w którym z człowieka robi się Człowieka w konfucjańskim znaczeniu tego słowa. Po drugie, jest kolektywnym podmiotem odpowiedzialnym za edukacyjny = życiowy sukces swych najmłodszych członków.
Właśnie ta druga okoliczność sprawia, że w życiu tajwańskich studentów rodzina jest czynnikiem o wiele bardziej potężnym i wpływowym, niż ma to miejsce w przypadku ich rówieśników z naszego kręgu kulturowego. Rodzice czują się w obowiązku usunąć wszystkie możliwe przeszkody na drodze do edukacyjnego sukcesu swych pociech tak długo, jak tylko jakieś przeszkody mogą wystąpić. Od wczesnego dzieciństwa zapewniają im kilkanaście godzin nauki dziennie (kursy i korepetycje są tutaj normą, w zasadzie zlewają się w jedno z regularnymi zajęciami szkolnymi), odciążają od czasochłonnych obowiązków domowych, chronią przed zbyt absorbującymi życiowymi problemami, towarzyszą im osobiście w egzaminacyjnych bojach (wiele szkół wydziela wokół budynku specjalny teren dla kibicujących rodzin i maskotek), rozliczają z postępów nauce, decydują, zezwalają, radzą, wspierają, krytykują. Można więc powiedzieć, że robią to samo, co niektórzy europejscy rodzice, tyle że na znacznie większą skalę.
Poza tym, w przeciwieństwie do większości europejskich rodziców, rodzice tajwańscy nie przechodzą w stan spoczynku w momencie, gdy ich pociecha przekroczy bramę wyższej uczelni. W chińskim oglądzie świata „dzieckiem” jest się do momentu ślubu i osiągnięcia finansowej samodzielności. Osiągnięcie tego etapu w życiu nie oznacza oczywiście w żadnym wypadku rozluźnienia rodzinnych więzi. Rodzice dalej mają wiele do powiedzenia w kwestiach związanych z życiem swych potomków, a w dodatku z upływem lat ‘wektory’ wzajemnych relacji stopniowo odwracają się i dla dzieci nadchodzi okres spłaty niespłacalnego Długu wobec starzejących się rodziców. Okres często niełatwy, o czym świadczy chociażby częstość podejmowania tego wątku w popularnej literaturze i filmie tajwańskim.
Odnoszę wrażenie, że nawet ci tutejsi studenci, którzy opuścili dom na czas studiów (w Taipei – także pod względem akademickim stolicy kraju - siłą rzeczy można takich spotkać wielu) pozostają ze swoimi rodzinami związani ściślej niż przewidywałaby to „polska norma”. Oprócz czynników kulturowych mogą na to wpływać również niewielkie rozmiary wyspy, zdecydowanie ułatwiające wzajemne odwiedziny. Ci, którzy pozostali przy rodzinach żyją w reżimie, który wydawałby się surowy większości polskich licealistów. Dla mojego 22-letniego tajwańskiego kolegi jest najzupełniej naturalne, że jego plany na weekend ustala ciocia z Taoyuanu [miasto na północnym zachodzie wyspy, znane z międzynarodowego lotniska, do niedawna imienia C.K.S], która nagle zapragnęła pójść z nim na zakupy, mając w pogardzie to, czy i z kim zdążył się umówić „na mieście”. Inny, nieco starszy znajomy jest przez swoją kulturalną mamę surowo rozliczany z obecności w galeriach i na innych artystycznych „capstrzykach”, co też komplikuje mu niekiedy życie towarzyskie. Również decyzje o wyjazdach zagranicznych, zwłaszcza kwestie takie jak miejsce i długość pobytu za granicą, w wypadku moich tajwańskich znajomych rozstrzygane są z reguły głosami rodziców.
Niektórzy młodzi Tajwańczycy mają pewien kompleks na punkcie swojej „rodzinności”. Studentom z Zachodu zazdroszczą cechy, która po chińsku nazywa się 'duli' – słowo to oznacza jednocześnie samodzielność i niezależność, jest mniej więcej równoważne angielskiemu 'independent'. „Zachodni model wychowania” kojarzą przede wszystkim z jego amerykańskim, dosyć skrajnym wydaniem, w którym osiemnastolatek ponaglany przez rodziców opuszcza dom na dobre i rozpoczyna całkiem samodzielne życie, może i na przeciwległym krańcu kontynentu. Ten model zarazem fascynuje ich i odrzuca, ponieważ kłóci się z wartościami przemyconymi w „konfucjańskim stanie umysłu” (p. poprzedni odcinek).
Obiecywałem, że nie będę strzelał żadnymi antycznymi cytatami do wypowiedzi konkretnych Tajwańczyków, z którymi mam styczność. Jedno doświadczenie skłania mnie do złamania tego przyrzeczenia.
Jednym z najczęściej zadawanych mi pytań ze strony Tajwańczyków są te dotyczące moich relacji z rodzicami podczas wyjazdów zagranicę. Ponieważ niektórzy z nich sami palą się do takich wyjazdów (jednocześnie z reguły ogromnie się ich bojąc), nic dziwnego, że ten właśnie aspekt zajmuje ich najbardziej. Rozmowy na ten temat nie są dla mnie łatwe. Zawsze mimochodem wychodzę w nich na człowieka z zauważalnym deficytem „synowskich cnót”, chociaż wcale nie mam poczucia, bym jakoś specjalnie uchybiał swoim - europejskim -standardom w tej dziedzinie. Tymczasem niekiedy czuję się w obowiązku udowadniać, że nie mam nic wspólnego z wyrodnym wagabundą lekceważącym święte rodzinne powinności, który najwyraźniej jest postrachem chińskich dzieci i młodzieży.
„Czy Twoi rodzice bez problemu pozwolili Ci wyjechać po raz drugi?”, „Nie mają nic przeciwko temu, żebyś był tak daleko?”, „Chcesz wyjechać do Azji na jeszcze dłużej? A co z Twoimi rodzicami??”. „Jak często rodzice każą Ci dzwonić do domu? Jak to „dzwonię kiedy akurat jestem przy komputerze w weekend???”
W tych dociekaniach i lekko dezaprobującej reakcji na niektóre moje odpowiedzi pobrzmiewało mi przez pewien czas coś dziwnie znajomego. Olśnienie przyszło jak zwykle przypadkiem.
„ Mistrz powiedział: Jeśli ojciec i matka żyją, dobry syn nie oddala się od domu. Jeśli musi wyjechać, niech zawsze będzie wiadomo, gdzie przebywa [komentarz: by nie przysparzać rodzicom troski]” (Analekta, IV.19)
Żaden z moich rozmówców nie jest gorliwym czytelnikiem Konfucjusza. A jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że przynajmniej niektórzy z nich przerobili swoją lekcję otrzymaną od Mistrza.
Wśród wielu pompatycznych tytułów nadanych Konfucjuszowi za czasów Cesarstwa najciekawsze wydają mi się dwa - „Wielce Spełniony” i „Król bez królestwa”. Konfucjusz, za życia uważany za „śniącego na jawie” pedanta, przeganiany z jednego dworu na drugi, pośmiertnie osiągnął coś znacznie trudniejszego niż zdobycie władzy: wpłynął na oblicze świata gadaniem, i to gadaniem z gatunku takich, którego ludzie zwykle słuchać nie chcą. Na dodatek nikomu nie obiecując raju ani nie grożąc piekłem. Marzenie każdego ambitnego humanisty spełnił więc tylko ten jeden człowiek : ). Chociażby dlatego będę się upierał, że Konfucjuszowi należy się szacunek, niezależnie od tego jakbyśmy oceniali system powołujący się na jego imię.
W życiu poznanych przeze mnie Tajwańczyków te dwa potężne czynniki działają w tandemie, dlatego trudno je od siebie oddzielić. Ponieważ jednak zbyt wiele tekstu w jednym wpisie oznacza klęskę czytelniczą, uwagi na temat żelaznego uścisku podstawowej komórki społecznej, w jakim żyją tajwańscy studenci, zamieszczę za parę dni :)
Ani w tym, ani w następnym odcinku nie mam zamiaru udowadniać, że taka czy inna wypowiedź albo zachowanie któregoś z moich tajwańskich znajomych wynika bezpośrednio z faktu, że któryś z konfucjańskich autorytetów coś tam kiedyś napisał czy powiedział. Po pierwsze - dla większości z nich konfucjanizm to jest „trudne słowo”, obiekt zainteresowania akademików, antykwariuszy, ewentualnie dziadka urodzonego na Kontynencie [to nie jest w żadnym wypadku krytyka, ale stwierdzenie faktu, z którego wielu poważnych zachodnich publicystów powinno sobie lepiej zdawać sprawę]. Po drugie, statystycznie rzecz biorąc większość ludzi, niezależnie od tego, w jakiej cywilizacji jest wychowywana, czuje silną więź ze swoją rodziną i chce uchodzić w oczach innych za osobę pracowitą, uzdolnioną i kompetentną. Azjaci nie mają monopolu na rodzinność i szacunek dla formalnego wykształcenia – o obydwóch tych cechach mieliśmy pewnie nie raz okazję usłyszeć od naszych polskich dziadków :)
Subtelna, a jednak widoczna różnica między Wschodnią Azją a resztą świata bierze się stąd, iż w odległej przeszłości system nazywany na Zachodzie konfucjanizmem wspomniane uniwersalne ludzkie odruchy przekształcił w świecki ideał o religijnej mocy oddziaływania - stały i jedynie słuszny wzór na "bycie człowiekiem", do którego każdy powinien się dopasować, jeśli w ogóle chce się do ludzkości zaliczać. Dzięki zagwarantowanej na ponad 2 tysiące lat pozycji strażników urzędowej moralności Cesarstwa Chińskiego i okolic, konfucjaniści mieli wyjątkowo wiele okazji do upowszechniania swojego ideału wśród ludu, rozdając pochwały tym, którzy potrafili gorliwie do niego dążyć, a bezlitośnie ganiąc tych, którzy nie wykazywali entuzjazmu.
Do dziś widocznym efektem tej zakrojonej na iście azjatycką skalę inżynierii ludzkich postaw jest coś, co można by nazwać "konfucjańskim stanem umysłu". To nie tyle sposób na życie - ten, tak jak wszędzie, zmienia się zależnie od okoliczności - ale raczej mentalność, która instynktownie pewne postawy podziwia, a innych się brzydzi, do jednych chce aspirować, a innych znów się wstydzi.
W konfucjańskim stanie umysłu oczywistością jest to, że człowiek nie przychodzi na świat "gotowy". Wypełniają go rozmaite samolubne zachcianki, kaprysy, pokusy i emocje, nad którymi nie chce i nie potrafi zapanować. Czuje, co jest dla niego przyjemne i pociągające, ale nie wie, co jest słuszne i pożyteczne z punktu widzenia ogółu, który jest przecież czymś o wiele istotniejszym niż on sam.
Ta sytuacja nie jest jednak z reguły beznadziejna. Kiedy tylko nasz dzikus przestaje być słodkim dziecięciem z buzią usmarowaną kaszką ryżową i smarkami (takim wybacza się tu wszystko!), jego otoczenie zakasuje rękawy i zaczyna robić z niego "człowieka" w pełnym tego słowa znaczeniu. Zwierzęta, rośliny i barbarzyńcy rozwijają się same z siebie, na dziko, bez żadnej ingerencji z zewnątrz – z jakim efektem, każdy widzi. Człowiek natomiast nie jest w pełni dojrzały, dopóki nie przyswoi sobie wymogów Cywilizacji. W tym pomóc mu powinny dwie uzupełniające się instytucje - rodzina, w której na co dzień rozliczany jest chociażby ze swojej postawy wobec starszych, oraz szkoła, w której oczekuje się od niego pełnego zaangażowania w przyswojenie cywilizującej wiedzy, przekazanej przez nauczyciela.
Tajwańscy pierwszoklasiści z tylnich stron zeszytów w dużą kratkę, w których uczą się pisać pierwsze znaki, mogą od-sylabizować następujące przesłanie:
"Służmy rodzicom, szanujmy przełożonych, z respektem odnośmy się do nauczyciela.
Przywiązujmy wagę do etyki, bądźmy w harmonii z ogółem, kochajmy nasz kraj".
Z wyjątkiem ostatniego, co najwyżej stuletniego, wszystkie te frazesy powtarzane są Chińczykom od dwóch tysięcy lat, gdy konfucjaniści po raz pierwszy dorwali się do rządów dusz.
Tajwańczycy, których dobrobyt opiera się na przemyśle elektronicznym i elektrotechnicznym, jak mało który naród doceniają wagę edukacji w dziedzinie przedmiotów ścisłych. Z drugiej strony, odpowiedzialne za cywilizowanie młodzieży konfucjańskie duchy strzegą odwiecznej roli humanistyki w chińskiej szkole. Nie jest to oczywiście humanistyka w nowoczesnym rozumieniu europejskim, w której ciągłe gdybanie i poddawanie wszystkiego w wątpliwość jest najwyższą cnotą. W praktyce to po prostu zestaw klasycznych tekstów do nauczenia się na pamięć w wieku, w którym pamięć jest najbardziej chłonna. Wśród nich prym wiodą, a jakże, maksymy Konfucjusza i jego kontynuatorów. Na zrozumienie, na czym polega ich nieprzemijająca wartość, przyjdzie czas później, zresztą to i tak oczywiste.
(Jak możecie się domyślić, ten styl nauczania klasyki sprawia, że bardzo niewielu młodych Tajwańczyków ma okazję naprawdę polubić klasyczną chińszczyznę. „Perwersyjna” przyjemność, którą czerpię z lektury wywodów Mencjusza czy wierszy Du Fu rzadko spotyka się ze zrozumieniem moich chińskich rówieśników - przynajmniej do momentu, w którym tłumaczę, że mnie nikt nie kazał się uczyć tych tekstów na pamięć w czasach, gdy nic z nich nie rozumiałem :) .
Szkoła na Tajwanie to jednak przede wszystkim egzaminy – te ,które decydują o przejściu na kolejny szczebel edukacji i o jakości tego szczebla; te, które potwierdzą nabytą w pocie czoła znajomość języka angielskiego; i te najtrudniejsze, które umożliwiają rozpoczęcie pracy w jednym z wymarzonych zawodów albo zdobycie rządowej posady (te akurat o 1%-ej zdawalności).
Obsesja na punkcie zdanych testów oraz otrzymanych w ich wyniku certyfikatów i dyplomów z myślą konfucjańską niewiele ma wspólnego, ale z samą tradycją chińską – jak najbardziej. W Chinach cesarskich dla zdecydowanej większości śmiertelników jedyną szansą na polepszenie swojego doczesnego losu było wzięcie udziału w publicznych egzaminach (lektury obowiązkowe ustalali oczywiście konfucjaniści).
Uzyskane w ich wyniku tytuły „bakałarza”, „magistra” czy „doktora” były jedyną - to słowo jest tu bardzo ważne - przepustką do prestiżu, bogactwa i władzy.
Ta właśnie starożytna chińska tradycja uderzyła w Tajwan mocnym rykoszetem w XX wieku, gdy edukacja stała się dostępna dla wszystkich, a o karierze zaczął decydować wolny rynek. Dawni bakałarze i magistrzy decydowali o doli i niedoli prostaczków , zdzierając z nich podatki, werbując do milicji i wojska, wydając ryż ze spichlerzy w latach głodu, zakuwając w dyby albo nagradzając za przykładne obyczaje. Dzisiejsi zwycięzcy egzaminowych batalii decydują o losach instytucji, firm i szarych obywateli wyspiarskiej Republiki, zdobywając przy tym szacunek otoczenia i zapewniając sobie dostatnie życie.
Tak jak w chińskim cesarstwie, tak i w chińskiej republice ideałem drogi życiowej jest więc kariera osiągnięta w toku edukacji. Ciężka praca w gimnazjum i liceum, która zapewnia wstęp na uniwersytet z czołówki, dumnie brzmiący tytuł, krótki staż za granicą, może drugi fakultet lub doktorat – a potem praca, oczywiście na wyróżnionym, kierowniczym stanowisku. Wszystko „obok” albo „poniżej” tego schematu może być odebrane jako osobista porażka rodziny, jeśli zdążyła ona związać jakieś nadzieje ze swoim potomkiem. Trochę inaczej niż w USA, gdzie modeli karier jest tyle, ile pucybutów i milionerów. Trochę inaczej też niż w sąsiedniej Japonii, gdzie nieco bardziej naturalna jest myśl, że źródłem zawodowej dumy i spełnienia może być serwowanie klientom najlepszego sushi w okolicy albo posłuszne i skrupulatne wypełnianie poleceń szefa na dożywotniej posadzie.
W tym miejscu nasuwa się pytanie – w jaki sposób większość Tajwańczyków może wyznawać ten elitarny ideał, jednocześnie czując się dobrze w swojskiej skórze średnio wykształconego sprzedawcy, kierowcy, kasjerki czy operatora maszyny? Odpowiedź jest prosta – wierzą, że jego realizacja uda się ich dzieciom oraz wnukom.
Wypada więc znowu wrócić do konfucjańskiego słownika, w którym na pierwszej stronie powinno się znaleźć hasło „! Rodzina”.
CDN
28 września 2006 roku, mniej więcej o wschodzie słońca, skończyłem porządkować swój pokój, który tej jednej nocy wydał mi się niespodziewanie, nieskończenie wręcz wielki. Wysłużony klucz złożyłem w recepcji akademika, po czym wraz z 60 kg (!) pamiątek wyprowadziłem się z Suity pociągiem jadącym na międzynarodowe lotnisko Kansai.
Trzy godziny później, objuczony już tylko rzekomo "podręcznym" bagażem, którego objętość została łaskawie przeoczona przez obsługę lotniska, stałem naprzeciwko cesarskiego urzędnika, wyjątkowo niezdecydowanego co do mojego przypadku.
"Skończył pan już naukę?", "To znaczy, że nie wróci pan już do Japonii?" - zapamiętałem te dwa pytania, chociaż wszystko musiało trwać znacznie dłużej. Takiej pieczątki, jaką wbił mi wtedy do paszportu wahający się urzędnik, nie wbija się ot tak sobie.
28 września 2007 roku, jeszcze przed wschodem słońca, ubrałem pożyczone od kolegi galowe buty, do swojej własnej galowej koszuli przypiąłem wyczekaną papierową czerwoną odznakę. Następnie poranną taksówką udałem się do tajpejskiej Świątyni Konfucjusza na obchody 2556 urodzin Największego z Mędrców i Pierwszego wśród Nauczycieli, Mistrza Kong. Nie jechałem sam, lecz w towarzystwie zmontowanej uprzednio polskiej delegacji, zapewne najliczniejszej w dziejach tej uroczystości (miejsc dla gapiów jest w świątyni około stu).
Pan taksówkarz z początku nie mógł zrozumieć, dlaczego naszła nas ochota "pomodlić" się o tak wczesnej godzinie. "Urodziny Konfucjusza? A rzeczywiście, to przecież dzisiaj. No ładnie, możecie od tego urosnąć" - stwierdził zagadkowo, zaznaczając że nie chodzi mu o przyrost centymetrów. Mam nadzieję, że nie o to, bo z siedzeniem przy niektórych stolikach bywają tu pewne problemy.
Urodziny Konfucjusza to w republikańskim kalendarzu jednocześnie Dzień Nauczyciela. Niegdyś jedno z najważniejszych i najhuczniej obchodzonych świąt w roku, od kilku lat dla większości Tajwańczyków to zwykły dzień pracy. Dla studentów - zwykły dzień nauki, w którym co najwyżej zobaczą kwiaty i wieńce na pomniku Konfucjusza stojącym na ich kampusie. Oficjalną przyczyną tej zmiany była konieczność wyrównania liczby dni roboczych po wprowadzeniu wolnych sobót, jednak mało kto zadowala się takim wytłumaczeniem. Dla jednych to budzący zgrozę przejaw demontażu systemu wartości, na którym opiera się cywilizacja na Tajwanie ("czy to przypadek, że właśnie w ciągu tych ostatnich kilku lat przestępczość wśród nieletnich wzrosła?"). Dla innych - pozytywny symbol wyzwalania się wyspiarzy z uległości wobec aurotytetów, którą narzuciła im chińska kultura.
Odnoszę wrażenie, że obecny rząd "zielonej koalicji" jest o wiele bardziej dumny z rytualnych tańców tajwańskich aborygenów niż dziedzictwa antycznych chińskich myślicieli, i z Konfucjuszem generalnie nie za bardzo mu po drodze. Jednakże Taipei to mocny bastion Kuomintangu - było nie było Chińskiej Partii Narodowej - i mer miasta, następca kandydata narodowców w przyszłych wyborach prezydenckich, zapewne z równą rozkoszą co ja wstał przed wschodem słońca, żeby przebrać się w szatę głównego oficjanta porannej ceremonii.
Chociaż miły taksówkarz mógł sobie nie zdawać z tego sprawy, Shi Dian - ceremonia ku czci Konfucjusza, odprawiana co roku o świcie w dniu jego urodzin - nie jest uroczystością religijną. Nikt się tu do nikogo nie modli, i mało kto oczekuje, że w jakimkolwiek sensie "urośnie" od samego uczestnictwa w rytuale. Co prawda, w *formie* Shi Dian z łatwością można zauważyć relikty religijnych, głównie szamańskich wierzeń - wśród 37 etapów ceremoniału mamy składanie ofiar z byka, barana i świni (oszukiwane: zwierzęta ofiarne robi się z ryżowego ciasta!), przywołanie i odprowadzenie w zaświaty 'ducha' Mistrza oraz jego najwybitniejszych uczniów, wreszcie rytualną ucztę - komunię po zakończeniu sakralnych czynności. Są bębny, piszczałki i tańce. Odmawia się coś w rodzaju modlitwy o pomyślność narodu, składa się w tej intencji ofiarę w imieniu prezydenta Republiki.
Jednakże *treścią* ceremonii jest od dwóch tysięcy lat, a więc samych jej początków, przede wszystkim wyrażenie szacunku i oddanie czci wielkiemu moraliście - właściwie bardziej jego naukom niż samej jego osobie. Także uhonorowanie jego rodziców i wujów, bez których Konfucjusz zapewne tak bardzo by się nie "udał", oraz jego najzdolniejszych uczniów (trzech bezpośrednich plus Mencjusz) dzięki którym jego mądrość dotarła do przyszłych pokoleń.
Jest to też oczywiście święto Tradycji, podniosła celebracja faktu przynależności do konfucjańskiej cywilizacji. Obecny program uroczystości opracowany został w 1970 roku przez czterech najwybitniejszych tajwańskich sinologów - w tym Kong Dechenga, potomka Konfucjusza w siedemdziesiątym szóstym pokoleniu - pod patronatem dożywotniego prezydenta Chiang Kai-sheka, który pod koniec życia wyraźnie miał "fazę" na Mistrza. W przeciwieństwie do ceremonii odprawianych niekiedy na Kontynencie, tajwańskie Shi Dian wzorowane jest na najstarszych dostępnych źródłach. Dlatego w Taipei na cześć Konfucjusza tańczy sześć rzędów tancerzy, do których Konfucjusz ma prawo jako arystokrata, mimo że w XV w. zezwolono na udział dodatkowych trzech rzędów, przysługujących jedynie cesarzowi. Do nowinek trzeba jednak podchodzić z dystansem. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że według dobrze poinformowanych źródeł w tajpejskiej świątyni i tak dziewięć rzędów tancerzy by się nie zmieściło....
W tłumie gapiów wyróżniały się delegacje z Singapuru, Japonii, Korei, Wietnamu. Wszyscy oni byli tutaj zdecydowanie "na swoim miejscu", samą swoją obecnością spychając mnie na pozycję gapiowatego turysty - chociaż pewnie nikt z nich nie zdecydował by się kupić angielskiego tłumaczenia "Analektów" za pieniądze przeznaczone na prowiant na drogę autobusem z Exeter do Krakowa :).
Cywilizacja konfucjańska opiera się na rytuale - ten fakt trudny do wyobrażenia dla kogoś wychowanego we współczesnej Europie, o którym przeczytałem niezliczoną ilość stron (a nawet sam dopisałem kilkanaście), stał się dla mnie żywą rzeczywistością dopiero tamtego wrześniowego poranka. Wreszcie zobaczyłem na własne oczy to, czemu poświęcił swe życie Konfucjusz, to, o czym do znudzenia trąbią wszystkie chińskie klasyki, to, z czym wielu współczesnych Azjatów chciałoby się na dobre pożegnać, ale nie do końca im się to udaje. Zdecydowanie warto było wstawać bladym świtem.
Poza tym nie potrafię znaleźć słów dla opisania piękna harmonii gestów, tanecznych ruchów, podniosłej muzyki i słów, które składają się na Shi Dian. Niemal każdy szczegół ceremoniału ma swoje znaczenie, niekiedy na siłę "domyślone" w którymś tam pokoleniu chińskich znawców rytuału. Każda chwila tego wydarzenia została opracowana, obmyślona, przećwiczona i skomentowana niezliczoną ilość razy w przeszłości. Nie trzeba jednak przeciążać sobie tym głowy - nawet nie będąc świadomym wszystkich znaczeń uroczystości można uczestniczyć w niej całym sobą, poddając się stopniowo budowanemu nastrojowi i podziwiając jej estetykę (ja wiele dowiedziałem się i zrozumiałem już "po fakcie").
Dlaczego (konfucjańska) ceremonia to (konfucjańska) cywilizacja w pigułce? Bo dzięki niej czas przestaje mknąć bez sensu i celu - pracowici przodkowie wydłubali w nim niszę, w której wszystko się powtarza co roku według napisanego przez nich scenariusza, a każdy moment aż ugina się od wielce ważnych znaczeń. Bez pomocy bogów, kierowani ludzkim uczuciem czci dla nauczyciela, powołali do istnienia coś trwałego i sensownego w zmiennym i niezrozumiałym świecie.
Czy niefajny to prezent starych konfucjańskich pierników dla zagonionych w nowoczesności potomków? Ciekawe, jak długo będą chcieli jeszcze z niego korzystać.
***
Zdjęcia z uroczystości, zawdzięczam Gosi, przyszłej doktorantce w zakresie tajwanistyki :)
1. Widok frontalny na Świątynię Konfucjusza w Taipei

2. Oficjanci gotowi do złożenia trzech pokłonów

3. Jeden ze starszych oficjantów (prywatnie zapewne "szycha" w kuratorium oświaty lub MEN)

4. Mycie rąk przed złożeniem ofiar

5. Odprowadzenie ducha Konfucjusza

6. Widok na podest z muzykami
Tajfun pochłonął co najmniej pięć ofiar. Starszy pan, który wyszedł nad brzeg morza, by podziwiać sztormowe bałwany; motocyklistka, którą wiatr przewrócił wraz z pojazdem; człowiek, który wyszedł na dach, by ratować antenę telewizyjną; wreszcie ojciec i syn, których pogrzebała w ich własnym domu ziemia ze skarpy usypanej przez ekipę remontującą sąsiedni lokal. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w żadnym przypadku natura nie była jedynym winowajcą.
Ten bilans ofiar można uznać za swego rodzaju sukces Tajwańczyków. Mniej więcej w tym samym czasie w sąsiednim Wietnamie słabszy tajfun Lekima zabił co najmniej 77 osób ...
Na mojej ulicy sprzątanie zaczęło się od odklejenia taśm z okien, posprzątania zalanych pomieszczeń, osuszenia klatek schodowych. Następnie nadeszła kolej na mokre liście i szmaty, które zaścieliły powierzchnię balkonów, dachów i ulic. Potem naprawa, a gdzie trzeba wymiana pogiętych okapów z blachy falistej i włókien szklanych. Usunięcie połamanych drzew należało już do odpowiednich służb.
Centrum Taipei jeszcze przez kilka godzin po odwołaniu alarmu było mokre, wyludnione i ciche. Gdzieś podziały się niezliczone flagi Republiki Chińskiej, które władze miasta wywiesiły 1 października, w hucznie świętowaną na kontynencie rocznicę proklamowania Chinśkiej Republiki Ludowej. Był to wyraźny sygnał dany światu, że wbrew słowom Mao Zedonga wypowiedzianym na placu Tiananmen w 1949 roku, Republika istnieje nadal i ma się całkiem dobrze. Przynajmniej na tyle dobrze, na ile może się miewać państwo w stanie permanentnej ewakuacji.
Super - tajfun Krosa nie objawił jasno swoich preferencji poliycznych. Najpierw pozrywał i poniszczył flagi Republiki z białym słońcem Kuomintangu, a następnie popsuł końcówkę obchodów rocznicy Chin Ludowych, zmuszając świętujących po drugiej stronie cieśniny do pozwijania czerwonych sztandarów.
Oczywiście jak zawsze największe szkody wiatry i deszcze wyrządziły poza stolicą, niszcząc międzymiastowe drogi, pola, winnice, sady, plantacje bananów i betelu itd. Ceny już zaczęły iść w górę, a niedługo w tajwańskich sklepach zaczną się masowo pojawiać warzywa i owoce sprowadzone z Kontynentu - w niektórych podobno znaleźć można niemal całą tablicę Mendelejewa.
Żeby nieco ożywić lakoniczność i monotonię ostatnich journalowych wpisów proponuję małą galerię fotograficzną, będącą oczywiście owocem wyćwiczonego pasożytnictwa. Autorami zamieszczonych tu fotek są: ja (to najbrzydsze), Liao Yunjing, Liao Huamei, Chen Yizhen oraz moja współkolatorka z piętra, Julia.
Kategoria I - RELIGIE TAJWANU
1. Widok frontalny na świątynię Zushi (w tradycyjnie koszmarnej tajwańskiej romanizacji: Tzushr) w miejscowości Sanxia, jedną z ładniejszych, jakie do tej pory na wyspie widziałem. Zbudowana na pocz. XIX w., wielokrotnie restaurowana, ostatnio pod kierownictwem słynnego profesora lokalnej ASP - z dużym powodzeniem estetycznym.
2. Bóstwo ziemi, zwane między innymi "Dziadkiem", jeden z najpopularniejszych tajwańskich "świątków". Zazwyczaj strzeże pól i rozstajów dróg, niekiedy budynków (tutaj: ekskluzywnej restauracji)
3. Strażnicy wrót, postrachy złych duchów i demonów, jednym słowem ochroniarze - "bramkarze" pilnujący wejścia do taoistycznej świątyni.

Kategoria II - TAKIE SOBIE WIDOCZKI
4. Fort w miejscowości Danshui, który w XVII w. zbudowali i użytkowali przez parędziesiąt lat Holendrzy z Kompanii Wschodnioindyjskiej. Przez miejscowych przezwany "Zamkiem czerwono owłosionych". W środku znajduje się kapitalne muzeum, rekonstruujące powstanie, rozkwit i upadek europejskiej faktorii na Formozie. Entuzjastyczne zapisy pamiętnikarzy początkowych lat ("przywódca miejscowych przyniósł dziś naszemu komendantowi mięso kurczęcia i bataty, wielceśmy się radowali") ustępują stopniowo miejsca pełnym grozy relacjom ("o południowej godzinie strażnik padł nagle bez ducha, lekarz nie wiedział nawet, by cokolwiek uprzednio mu dolegało"). Klimat wypisz wymaluj jak z "Gniewu Bożego" Wernera Herzoga :)

5. Port w Danshui wieczorową porą. Tutaj przybijali kiedyś niderlandzcy żeglarze i chińscy rybacy. Dzisiaj królują tu rejsy wycieczkowe.

6. lewek

III. SCENY Z ZYCIA CODZIENNEGO
7. jedną z charakterystycznych cech Chińczyków jest zdolność do czerpania wielkiej radości z przysłowiowego niczego; tutaj widzimy popisy lokalnego siłacza, który mierzy się z wyjatkowo opasłym bączkiem na Starej Uliczce w Sanxia

8. Rozpieszczona przez przechodniów świnka, to w lokalnej optyce po prostu wieprzowina w innym stanie skupienia.

9. Ten pan przechadzający się po nocnym targu w Shilin nie wydawał się rozumieć, dlaczego ludzie się od niego odsuwają.

Ostatnia kategoria - JAK NAS WIDZĄ
10. Studentka mojego uniwersytetu w egzotycznym przebraniu "Europejki" podczas kampusowego festiwalu dla pierwszoroczniaków.

Tajfun jest już z nami od kilku godzin i niestety wygląda na to, że szybko się nie wyniesie. To naprawdę ogromy kataklizm: na obszarze o średnicy ok. 300 km wiatr wieje 180 km/h non stop, a w porywach do 240. Do tego, wściekłe opady deszczu, które nie ustają nawet na chwilę. Tajfun Wipha, który przeżyłem jakieś dwa tygodnie temu, to była zwykła tropikalna ulewa w porównaniu z tym Czymś.
Wygląda na to, że kolejne ok. 30 godzin będę musiał spędzić w swoim cywilnym bunkrze. To określenie chyba njatrafniej oddaje atmosferę, która panuje obecnie w moim mieszkaniu: okna są zaklejone wielgachnymi taśmami, drzwi zaryglowane metalowymi sztabami, nastawiona na pełne obroty lodówka wypełniona jest po brzegi sztucznym jedzeniem i sushi. Tymi dobrami będę musiał się chyba podzielić, ponieważ kolega jednej ze współlokatorek z piętra co nieco u niej zaspał, i wygląda na to, że zostanie z nami do końca imprezy. Na szczęście według wstępnych ustaleń w kategorii "mięsistość" zajmuję w tym towarzystwie drugie miejsce od końca, tak więc na pewno nie zostanę zjedzony pierwszy.
Ponieważ odcięcie od prądu i/lub łączności internetowej wydaje się być kwestią czasu, a trudno przewidzieć, jak długo potrwa usuwanie szkód (sądząc po huczących ścianach i brzęczących oknach, pewnie nie tak krótko), z góry przepraszam za wszelkie przerwy i nieregularności w naszych kontaktach. Póki co bądźmy dobrej myśli, oby jak najwięcej ludzi na Tajwanie bezpiecznie przeczekało te dni
Przykre dla wielu Europejczyków wrażenie ogólnego "zarobaczenia" Wschodu, do którego muszą się stopniowo przyzwyczajać, to w gruncie rzeczy krótki kurs realiów życia na planecie Ziemia. Zostawmy na boku brzydliwe sentymenty, zajrzyjmy w małe oczka faktów: każdy człowiek rodzi się, żyje i umiera wśród kłębowiska insektów; pewna uprzywilejowana garstka , do której akurat zaliczają się biali ludzie mieszkający w klimacie umiarkowanym, może z wydatną pomocą nauki i techniki próbować udawać, że jest inaczej; ale tam, gdzie parę tysięcy ludzi musi się zmieścić na jednym kilometrze kwadratowym, a temperatura powietrza prawie nigdy nie spada poniżej 10 stopni Celsjusza, możemy sobie tą szopkę podarować. Nawet stosunkowo wysokie standardy higieny (patrz: Japonia) nie zakryją podstawowej prawdy, że ludzi i insekty łączą więzy przeznaczenia, jesteśmy sobie pisani na wieki, a będące w ciągłym ruchu robactwo zdaje się szeptać ludzkości niebezpiecznie blisko jej ucha - "wszędzie i zawsze ja będę przy tobie, boś wszędzie cząstkę swego jedzenia zostawił".
Zresztą, problemy związane z komarami albo czerwonymi mrówkami znamy aż nazbyt dobrze z naszego podwórka. Znacząca różnica miedzy polskimi a tajwańskimi komarami jest taka, że podczas gdy te pierwsze są po prostu natrętne i wkurzające, te drugie stanowią realne zagrożenie dla zdrowia. Malarię wygonili podobno z Formozy Japończycy, a przynajmniej tak się przechwalają. Szkoda, że nie zdążyli zrobić tego samego z dengą, bolesną tropikalną gorączką, która w ostatnich latach coraz bardziej daje się wyspiarzom we znaki. Choroba ta jawi mi się jako szczególnie podstępna, gdyż jak głoszą przekazy, jej przebieg bardzo komplikuje każde zażycie aspiryny w początkowym stadium. Czyli dokładnie to, co robię odruchowo, gdy tylko czuję gorączkę i bóle! (Jest to jednak kłopot typowo europejski. Tajwańczycy jak się dowiedziałem nie ufają zbytnio aspirynie. Traktują ją jako lek wspomagający pracę serca starszych ludzi, a na bóle i gorączkę zapisują sobie lek o mało obiecującej nazwie Panamax).
W ciągu dwóch pierwszych tygodni po przyjeździe służyłem tajwańskim komarom za coś w rodzaju szwedzkiego stołu. Stopniowo, iście robinsonowską metodą prób i błędów, udało mi się zredukować ilość nocnych ukąszeń do okolic zera. W ostatnim tygodniu sierpnia względnie bezbolesne - czy raczej bezświądowe - przespanie nocy wymagało skomplikowanej operacji rozpisanej na kilka etapów. Sednem problemu było to, jak przetrwać tropikalną noc nie otwierając okien bez moskitiery, przez które wtaczały się tabuny komarów, a jednocześnie nie zrujnować się (i nie przeziębić) działającą przez całą noc klimatyzacją. Na szczęście z każdym kolejnym tygodniem wojna z komarami staje się coraz to odleglejszym wspomnieniem.
Również w miarę sprawnie udało mi się rozwiazać kwestię karaluchów. Podobnie jak japońskie, karaluchy tajwańskie są ogromne, bezczelne, żarłoczne, potrafią fruwać, i zależy im na tym, aby świat o tym wiedział. Żelazna zasada profilaktyki anty-karaluchowej jest prostsza niz w przypadku komarów. Zakłada ona natychmiastowe usuwanie ze swojego otoczenia jakichkolwiek resztek jedzenia.
Na moim piętrze nie ma żadnych urządzeń kuchennych (ze znaczącym wyjątkiem zakupionej przeze mnie na bazarze charytatywnym Rotary Club za 100 yuanów (~ 10 zł) 950-watowej mikrofalówki, która - sądząc jedynie po wygladzie - mogłaby pamiętać ewakuację wojsk Chiang Ka-sheka na wyspę w 1949). Wystarczy jednak każda drobna chwila nieuwagi, a żelazna zasada azjatyckiej przyrody przypomina o sobie.
Wystarczy pozostawić na kilka godzin na stole niedojedzona "owsiankę" ryżową z krewetkami, a już charakterystyczny chrobot ogłasza nadejście nieproszonego stołownika. To zaproszenie do konfrontacji, z której tylko jedna strona wyjdzie o własnych siłach. Człowiek wyposażony w chemiczny środek i wiedzę przyswojoną przez kilkanaście lat edukacji kontra karaczan uzbrojony w szybkie odnóża i odwieczny owadzi instynkt. Wygra człowiek, akurat dlatego że jest większy i może bez problemu w krótkim czasie obsikać chemicznym środkiem całą długość ściany. Chrobot nasila się i zwielokratnia, zdawałoby się że całe stado karaluchów chce wysadzić w powietrze moje biurko i szafę. A jednak na otwarty teren wybiega tylko jeden nieszczęsny brunatny amator owsianki z krewetkami, zatacza kilka kręgów i pada na wznak, wszystkie odnóża oskarżycielsko kieruje w moją stronę. Rozumiem, ze najcięższe klątwy jakie zna jego gatunek będą wisieć nade mną już do końca pobytu.
W sklepie chemicznym widziałem preparaty przeciwko jaszczurkom, ale nie sądzę żebym się przekonał do ich stosowania. Małe szare gekonki trawersujące ścianę raz na jakiś czas to miłe wspomnienie kilku dni spędzonych z tajską rodziną w Ayutthayi mniej więcej rok temu ... już wiem, że nie gryzą ani nie spadają z sufitu do łóżka. A nic gorszego z jaszczurkami w roli głównej do głowy mi nie przychodzi.
Na tym może skończę przęgląd tajwańskiej fauny domowej. Oczywiście im dalej w las tym dziwniejsze zwierzęta tu mieszkają. Ba, nie tak dawno dowiedziałem się, ze w moim ulubionym tajpejskim parku Da An (Wielkiego Spokoju) w malowniczym stawku zamieszkał krokodyl, przybysz z rzeki Danshui. Jego istnienie zostało wpierw stwierdzone pośrednio i hipotetycznie, trochę tak jak w przypadku zjawisk astronomicznych: po prostu w pewnym momencie pogłowie stawowych kaczek zaczęło przejawiać dziwną tendencję spadkową...
O jadowitych wężach wspomnę coś przy okazji wycieczek górskich. W ogóle pisząc o Tajwanie, zdecydowanie łatwiej wymienić zwierzęta, których tu na pewno nie ma i raczej nie będzie. Na przykład - pandy wielkie. Dwa lata temu rząd Chińskiej Republiki Ludowej zamiast kolejnego poważnego ostrzeżenia pod adresem niepokornej wyspy zapragnął wysłać do Taipei dwie sztuki swoich flagowych zwierząt (szpiedzy??). Aktualnie rządząca na Tajwanie opcja polityczna, która wyjątkowo nie lubi nieszczerze mizdrzyć się do Kontynentu, ukręciła sprawie czarno-biały łeb, dyplomatycznie stwierdzając, że jest tu dla pand za gorąco. Co jest swoją drogą najszczerszą, apolityczną prawdą.
